Dodatki / Wywiady

Spoiwo: „Wiatr od morza działa na nas korzystnie.”

napisane przez Stanisław Bryś, 8 listopada 2017

Post-rock – dla jednych przebrzmiały i anachroniczny styl, dla innych oczyszczający i wyzwalający. Z trójmiejskim zespołem SPOIWO, który bywa często klasyfikowany do tej szufladki, porozmawialiśmy o tym, jak to jest właściwie z tym gatunkiem i jaką rolę odgrywa w naszym kraju. Przy okazji poznaliśmy odpowiedź na pytanie, jak czuje się samorodek organizujący europejskie trasy koncertowe i dlaczego warto mieć przyjaciół.

Rozmawiamy niedługo po Waszym koncercie podczas OFF Festivalu. Pierwsze pytanie: jak Wam się grało? Jaka jest publiczność na tej imprezie? Uważacie, że Wasza muzyka wpasowała się w jej klimat?

Piotr Gierzyński (gitarzysta): Na początku obawiałem się o przyjęcie. Sądziłem, że nie pasujemy profilowo do OFF-a – że jest to festiwal, który skupia raczej zjawiska, a post-rock nie znajduje się wśród zainteresowań publiczności przyjeżdżającej do Katowic. Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej. Z mojej perspektywy był to jedna z najlepszych recepcji, jakie mieliśmy. W dodatku dźwięk na scenie był świetny, kontakt z publiką bardzo dobry, scena [Spoiwo grało na Scenie Trójki] najlepsza, na jaką mogliśmy trafić – zamknięta przestrzeń, gdzie muzyka mogła lepiej się rozchodzić,  brzmieć potężniej. Jestem więc bardzo zadowolony.

Czy publiczność jest specyficzna?  Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, ale mamy zdecydowanie mniej doświadczeń z grania na festiwalach w Polsce niż zagranicą. Tam natomiast gramy na festiwalach na ogół bardziej sprofilowanych (jak choćby Dunk!), więc wiemy, że publika, która tam jest oczekuje tego, co gramy. OFF jest dużo bardziej eklektyczny, a mimo to przyjęcie było rewelacyjne. Jeśli jednak chodzi o koncerty w Polsce w ogóle, OFF Festival to jeden z moich highlightów.

Simona Jambor (syntezatory): Bardzo dobrze mi się grało. Cieszyłam się, że publika była tak bardzo responsywna – szczególnie w przypadku festiwali o szerokim profilu bardzo trudno przewidzieć, czy publika będzie reagowała żywiołowo, czy trafi się emocjonalna ściana ludzi. Tak naprawdę największa przyjemność z koncertów płynie ze splotu energii, którą wyzwala publika i energii, którą chcemy się podzielić ze sceny. Na OFF-ie była to bardzo dobra mieszanka energetyczna.

Potraficie wskazać, czy muzyka, jaką gracie, jest przeznaczona właśnie na takie sceny czy Spoiwa lepiej słuchać w bardziej zamkniętych przestrzeniach? A może uważacie, że miejsce koncertu w Waszym wypadku nie ma znaczenia i kluczowe są inne okoliczności?

P: Jeśli chodzi o charakter muzyki, uważam, że im większa, ale zamknięta przestrzeń, tym lepiej. Nasza twórczość bazuje na bardzo fizycznym przekazie muzyki. Ten dźwięk musi być mocny, musi być odczuwalny, musi być głośny, balansować na granicy pewnego dyskomfortu. W bardzo małej ilości gatunków muzycznych nagłośnienie odgrywa aż tak ważną rolę.

Chciałbym wrócić do belgijskiego festiwalu Dunk!, o którym wspomnieliście. Przygotowując ten wywiad, zastanawiało mnie, jak polska publiczność reaguje na Waszą twórczość, która nie jest u nas zbytnio rozpowszechniona. Czy nasza widownia różni się od tej europejskiej czy może jeszcze nie jest gotowa na taką formę rocka?

P: Myślę, że jest bardzo dobrze – mamy żywiołową widownię, koncerty są zawsze nasycone nutą więzi między publiką a zespołem, coraz więcej osób przychodzi na koncerty – dla przykładu Tides From Nebula grało swoją headlinerską trasę w zeszłym roku. W Gdańsku na ich koncercie było ponad 700 osób. Gdy rozmawiałem z Maćkiem [Maciej Karbowski, gitarzysta TFN], opowiadał, że bili wtedy rekordy frekwencyjne. A należy pamiętać, że to zespół, który powraca co jakiś czas z materiałem opartym o tę samą stylistykę, a mimo wszystko ich pozycja rośnie, co pokazuje, że publika jest coraz większa.

To jest dość ciekawa kwestia. Ludzie, którzy nie siedzą w tej niszy, traktują brak wokalu jako ścianę nie do przeskoczenia. To powoduje, że na wstępie znacznie zmniejsza się twój zakres bazowej publiki, wyklucza wiele osób. Z drugiej strony, jest masa odbiorców, którzy są nastawieni wyłącznie na doznania instrumentalne. W polskim środowisku ta równowaga jest zachowana, ale oczywiście non-stop otrzymujemy sugestię: powinniście dodać wokal. Zupełnie tego nie wykluczamy, ale musi to być świadoma decyzja i wynikać z kierunku naszego rozwoju, a nie żadnych „koniunkturalnych” założeń.

Chciałbym zatrzymać się na tym rozwoju. Powiedziałeś na początku, że post-rock jest dla Was pewnym gatunkiem przejściowym, czymś, co może ulec progresji. W którym kierunku może w takim razie pójść SPOIWO?

P: W momencie kiedy wydawaliśmy pierwszą płytę post-rock – ani dla zespołu jako całości, ani dla żadnego z jego członków – nie był żadną inspiracją ani punktem odniesienia, ba, nawet był przez nas nieznany. Wyszło to naturalnie jako konsekwencja pewnych środków muzycznych i wizji muzyki, ale było to bardzo intuicyjnie działanie. Krążek jest swoistym pamiętnikiem tego, co robiliśmy na przestrzeni lat, natomiast teraz chcemy podejść do tego w ten sposób, że chcemy grać taką muzykę, jakiej rzeczywiście słuchamy, a to oznacza, że stylistycznie nasza twórczość będzie przesuwała się w kierunku elektroniki –  być może z elementami modern classical, może noise’u, trudno na razie powiedzieć. W każdym razie planujemy wprowadzić więcej brzmień o syntetycznym charakterze.

To szybka piłka – czego teraz słuchacie? Co Wam wpadło ostatnio do ucha i nie może wypaść?

S: Ja cały czas wałkuję płytę Whitney „Light Upon The Lake”.

P: Coraz mniej się pojawia takich rzeczy – ostatnio to była płyta 65daysofstatic, ale to zespół stricte gatunkowy. Ale poza tym – The Antlers, ale to trochę wcześniej. Ostatnio katuję – uwielbiam to włączać, to takie guilty pleasure – austriacki zespół popowy Bilderbuch. Bardzo dobrze mi się słuchało również Bena Frosta i jego „Aurory”, lubię najnowszy album Forest Swords.

S: No i „Rite of the End” Stefana Wesołowskiego, które jest wspaniałe.

P: Pozostała część zespołu – perkusista [Krzysztof Sarnek] lubi pop, dream-pop, muzykę z lat 80-tych. Krzychu [Krzysztof Zaczyński, syntezatory] siedzi w muzyce elektronicznej, po drodze mu z Zamilską. Te przykłady dają pewien obraz tego, w jakim kierunku SPOIWO może zmierzać.

Jest to osadzone w pewnym klimacie , ale mimo wszystko wciąż dysponujecie szerokim wachlarzem inspiracji. Jak w tym wszystkim udaje znaleźć kompromis i wytyczyć wspólną drogę?

P: Bardzo ciężko. To jest cały czas metoda redukcji, justowania do wspólnego mianownika, ale staramy się razem wewnętrznie rozwijać i odnajdywać rzeczy interesujące w tym, co pokazują nam inni nawet wtedy, gdy stylistycznie jest to bardzo odległe od naszych gustów. Rzeczywiście, jest to metoda szlifowania własnych ambicji, właściwie zeszlifowywania i odnajdywania czegoś nowego co ma swój charakter – niezależnie od gatunku, byle o własnej tożsamości, estetyce. Oczywiście, wiadomo, dziś nie da się zrobić szczególnej rewolucji w muzyce, tym bardziej że funkcjonujemy w gatunku, który  z definicji wyczerpał się ileś lat temu. Tym trudniej jest zbudować coś charakterystycznego, ale tym bardziej mamy motywację do tego, żeby to zrobić.

Co do tych celów, także dalekosiężnych: macie takowe, które przyświecają Waszej muzyce czy raczej po prostu gracie i macie nieokreśloną poprzeczkę, którą chcielibyście strącić i zawiesić jeszcze wyżej?

P: Regularnie ją strącamy. Funkcjonujemy trochę jako kapela, która wyszła z garażu w etosie pracy. Są zespoły, które chcą wydać płytę w dobrej wytwórni i dopiero potem decydują, czy chcą grać dalej lub odpuszczają bez żalu. My znamy się kilkanaście lat i siedzimy w muzyce bardzo długo, a naszą historię budujemy konsekwentnie –  cegiełka po cegiełce. Nadrzędnym celem naszego grania jest zawodowstwo i staramy się do tego dążyć od kilku ładnych lat, a dynamicznie od 2015 – premiery naszej debiutanckiej płyty. Pomimo naszych obaw, krążek przyjął się bardzo dobrze – zdobył sporo nagród, uznanie środowiska, poszły za tym koncerty. Byliśmy tym zaskoczeni, bo dopiero po czasie zaczęliśmy sami doceniać materiał z dystansu i odnajdywać te walory, które świadczą o tym, że nasza muzyka na swój sposób jest unikatowa. Co prawda nie dokonuje przełomu, ale dokłada swój ważny głos do całościowego obrazu sceny.

Czy w planach jest zatem druga płyta?

P: Jak najbardziej. Najbliższe plany to [zakończona już] trasa, a w międzyczasie najprawdopodobniej nagrania dwóch nowych kawałków live. Jeden, który ma dużo bardziej elektroniczny sznyt, zagraliśmy już tutaj, kolejny również ciąży w stronę elektroniki. 2018 będzie pod znakiem SPOIWO.

Wróciłbym jeszcze do ewolucji brzmienia, o której już wspomnieliśmy. Czytałem wywiady z Wami, w których mówiliście o tym, żeby Wasza muzyka była filmowa, w dużym stopniu ilustracyjna. Nie myśleliście zatem o tym, żeby ubogacić wasze koncerty o warstwę wizualną czy wciąż muzyka pozostaje na pierwszym miejscu?

P: To jest dość ciekawe pytanie, z którym sami się zmagamy i próbujemy znaleźć formułę. Jeśli chodzi o mnie wolę, kiedy wizerunek zespołu obudowany jest wokół muzyków. Wydaje mi się, że na dłuższą metę pogłębia to kontakt wykonawców z publiką. Choćby Sigur Rós – zespół, w którym panuje kult konkretnych instrumentalistów – nawet jeśli ich brzmienie jest wzbogacone o epicką wizualizacją.

Są też i formacje, które ściągają cały ciężar emocjonalny z muzyków właśnie na obraz. Wydaje mi się, że to może sprawdzić się do pewnego momentu, ale może również brakować pewnej prolongaty, więzi pomiędzy publiką a poszczególnymi muzykami. Ta z kolei jest podstawą szeroko rozumianego rocka. Kontakt z ludźmi sprawia, że zaczynasz tworzyć pewną markę, nazwę, która może funkcjonować niezależnie od zmian stylistycznych lub nawet poważniejszych metamorfoz.

Pytałem o muzykę, chciałbym pociągnąć jeszcze wątek filmowy – macie takowe, które wpływają na Waszą twórczość?

P: Jeśli o mnie chodzi, raczej nie.

S: Mieliśmy kilka sytuacji, gdzie mogliśmy się trochę sprawdzić jako kompozytorzy do bardzo niszowych filmów. Taka sytuacja wymaga nieco pokory, bo kiedy otrzymujesz zlecenie napisania ścieżki dźwiękowej, wiesz, że to ty musisz podporządkować się obrazowi. A czy są filmy, które nas inspirują? Sądzę, że nie sugerujemy się wizualnymi bodźcami.

P: Masz na myśli też soundtracki?

Tak, częściowo też do tego piję – słuchając Spoiwa, myślę o pewnych ścieżkach dźwiękowych.

P: Jeśli mowa o mnie, raczej nie mam takich świadomych inspiracji soundtrackami. Staramy się odchodzić od sugerowania się stworzonymi już ścieżkami dźwiękowymi – po pierwsze dlatego, że nie lubimy, by muzyka zespołu miała charakter ilustracyjny w takim rozumieniu, że jest w roli służebnej dla obrazu. Chcemy, żeby to obraz uzupełniał muzykę, a nie odwrotnie. Jeśli soundtrack ma funkcję typowo narzędziową, nie ma zbyt dużego waloru muzycznego. Jeśli już, to bliżej mi do takich utworów, fragmentów ścieżek dźwiękowych które posiadają własny byt i bronią się wyrwane z kontekstu.

A jednak wspomnieliście, że stworzyliście tło do niszowych filmów. Jakie to było wyzwanie?

S: Działało to trochę na innych zasadach, potraktowaliśmy to raczej jako odkrywanie nowych światów. Jeżeli siadasz do obrazu, to ty masz stworzyć coś do czegoś. Z reguły bywało to inaczej – mamy wydane dwa teledyski i sytuacja wyglądała tam z oczywistych powodów odwrotnie.

P: Tym bardziej, gdy jesteś rzucony w coś, co nie jest twoją strefą komfortu. Kiedy robisz choćby film dla dzieci, wymaga to zupełnego przestawienia się i podporządkowania pewnej konwencji, użycia określonych środków kompozycyjnych.

Wróciłbym jeszcze do wątku drugiej płyty. Jak przebiegają prace nad jej nagraniem? Wyznaczyliście już pewien styl, w którym osadzone są utwory?

P: Nie jesteśmy jeszcze na zaawansowanym etapie prac, ale ta podstawowa część, pewne przegadanie, przekucie w koncepcję, jest już dość rozwinięta. Widać to przede wszystkim w czynach – w tym, jak teraz podchodzimy do muzyki. Poświęcamy sporą cześć prób na dyskusje na temat tego jak ma dany utwór wyglądać, a nie na improwizacji i szukaniu punktu do którego dojdziemy. Jeśli chodzi o granie na gitarze, staram się zupełnie zmienić styl gry. Tworząc, próbuję wydobyć z tego instrumentu brzmienia, których wcześniej nie wydobywałem.

Mam dodatkową dygresję  która przyszła mi do głowy w trakcie rozmowy. Nawiązując do różnic między polską a zagraniczną publiką, o których wspominaliśmy – czy jest coś, co sprawiłoby, że w naszym kraju grałoby Wam się łatwiej i co to by mogło być?

P: Największą zaletą ale może też i wadą SPOIWO jest to, że jesteśmy samorodkiem – zespołem, który od samego początku wszystko robi samemu – od zbierania funduszy za pomocą kampanii crowdfundingowej, prez bookowanie tras, prowadzenie busa, sprzedaży i wysyłce mercha, montażem na scenie, a na promocji kończąc. Pełny DIY. Wydaje mi się, że do pewnego momentu takie działanie zbudowało aktualną pozycję tego zespołu, ale ta formuła może się wyczerpać i to, czego być może nam brakuje, lub będzie brakowało to wsparcie ludzi, którzy wiedzą, jak przetłumaczyć intencje artysty na język odbiorcy. W skrócie – agencja marketingowa lub promocyjna mająca rozeznanie w obiegu, do którego być może nie jesteśmy w stanie wejść, robiąc wszystko własnymi siłami.

Czyli sekret tkwi w ludziach. Wspominaliście  o innych zespołach z trójmiejskiego środowiska muzycznego i Waszym dobrym kontakcie. A jak bardzo to, że trzymacie się razem, pomaga w działaniu na scenie?

P: Trójmiejska scena ma to do siebie, że jest bardzo eklektyczna i bardzo szeroka, jeśli chodzi o grane gatunki, a z drugiej strony bardzo zażyła na poziomie towarzyskim. Grają tu fajni ludzie, którzy poświęcili masę czasu na granie mimo braku szczególnych korzyści finansowych. Jest to zdeterminowana grupa, dla której charakter miasta portowego i swoistej wymiany krwi może mieć znaczenie. Sporo dobrej muzyki wychodzi z tej sceny, składy się mieszają, powstaje nowa jakość. Wiatr od morza działa na nas korzystnie.

komentarze

comments

Polecamy