Dodatki / Wywiady

SALK: „Dobrze jest mieć ze sobą dinozaura z origami”

napisane przez Zuzanna Zaręba, 29 stycznia 2017
Fot: Mat. Prasowe
„Elektroniczna ryba głębinowa, która lubuje się w szpinaku, śpiewa po polsku i oszałamia basem przypadkowo napotkane meduzy” – tak przedstawiają siebie na Facebooku. Krakowski zespół SALK to trzech muzyków i jeden poeta. Zachwycają muzyką, którą – jak twierdzą – zawsze chcieli tworzyć. Teraz w pocie czoła pracują nad swoją debiutancką płytą, ale znaleźli chwilę, by opowiedzieć o pisaniu tekstów po polsku, muzycznych marzeniach, pierogach i tramwajach grających jak akordeony.

Jak narodził się SALK? Czy z morskiej piany? Poprzedziły go inne muzyczne projekty?

SALK siedział w nas od dawna, takie mamy poczucie. Każdy z nas robił przez ostatnie dziesięć lat coś innego, ale, patrząc z perspektywy czasu, każdy przez te dziesięć lat pracował właśnie nad tym, co wnosi teraz do zespołu. To bezcenna rzecz: móc na każdy szczegół spojrzeć z czterech różnych stron, każdą z nich jednocześnie szanując i starając się ją zrozumieć. Taki system działania daje cudowne efekty.

SALK to skrót od Selkie & the Lighthouse Keepers. Opowiedzcie jak powstała ta nazwa, co Was zainspirowało?

W pewnym momencie powstała potrzeba nazwy. Materiał stawał się coraz obszerniejszy, Kamil z Marcelą przynosili na próby kolejne piosenki, a zbliżał się też dyplom Marceli, więc wiedzieliśmy, że jest do doskonałe środowisko, by zadebiutować publicznie. Burza mózgów zakończyła się w łazience. Kamil wszedł do niej bez nazwy, a wyszedł z nazwą. Inspirację stanowiły przede wszystkim nasze fascynacje mitologią i światem wodnym, ale kluczową sprawą okazała się bajka. Nie taka zwykła, bo przepiękna bajka ”Song of the Sea”, którą wszystkim polecamy!

Wasza muzyka poza urokliwymi melodiami ujmuje również niebanalnymi tekstami, także w języku polskim. Mam wrażenie, że to niełatwa sztuka, choć coraz więcej rodzimych artystów powraca do pisania po polsku.

Dużo się mówi o niemelodyjności języka polskiego, ale trudno traktować to poważnie. Język polski jest piękny, posiada własną melodię i smaczki, których w języku angielskim się nie znajdzie, więc jest to raczej broń obosieczna. Można dzięki niej zdziałać wiele piękna, ale też w łatwy sposób się zbłaźnić. Nie jest to jednak powód, żeby się bać i nie podejmować prób. W dzisiejszych czasach, kiedy polska alternatywa staje się z każdym rokiem coraz silniejsza, warstwa tekstowa stanowi ważne ogniwo i przeżywa kolejną młodość. Możemy się z tego cieszyć, ale jednocześnie nie zapominajmy, o co w tym chodzi, bo przecież kwestią nie jest język, w jakim tworzymy, ale to, co udaje nam się dzięki temu językowi uzyskać. To już jednak inny temat.

Opowiedzcie co nieco, jak wygląda proces twórczy? Jak powstają szkice piosenek? Czy inspirująco wpływa też magia miejsca czyli słynnego kredensu?

Szkice i pierwsze założenia powstają w pokoju Marceli. Kamil siedzi za ścianą i kiedy słyszy, że Marcela gra nowy motyw, po prostu przychodzi z tekstem i po paru przedziwnych godzinach powstaje utwór. Kolejnym etapem jest wspólna próba. Michał i Mateusz to klucz tego etapu. Ich doświadczenie, dystans i nieskończone pomysły sprawiają, że piosenka rzeczywiście staje się piosenką. A przynajmniej wydaje nam się, że tak to właśnie wygląda. A kredens dalej stoi w marcelowym pokoju i przypomina nam, byśmy nie szli na łatwiznę. Na pewno jeszcze nieraz do niego wejdziemy!

Skąd przybył Dinozaur Gniewko?

Gniewko przybył z bajki, którą napisaliśmy przy okazji premiery utworu ,,Dizonaur”, natomiast jego materialna postać została stworzona przez Wandę, siostrę Michała i Mateusza. Gniewko zrodził się z paru metrów papieru i zawisł nad nami w czasie nagrywania wideosesji do piosenki o nim. Musimy wyznać, że dobrze jest mieć za sobą dinozaura z origami.

Przyznam, że Wasz Facebookowy fanpage jest jedyny w swoim rodzaju – pełen zabawnych i przesympatycznych historii. To może być dość zaskakujące, słuchając Waszych utworów nierzadko przepełnionych melancholią. Jak to jest? Na świecie jest chyba więcej smutnych piosenek, niż tych wesołych. I ludzie uwielbiają ich słuchać.

Cieszymy się ogromnie, że fanpage przyciąga ludzi, którzy chcą tworzyć z nami wspólną rzeczywistość. Rozumiemy się z nimi, śmieszy nas często to samo, dlatego też nie siłujemy się na coś, w czym czulibyśmy się niekomfortowo. Fanpage odzwierciedla nie tylko nasze poczucie humoru, ale też cechy charakteru każdego z nas, dlatego czasami sami się go boimy. Prawdą jest, że ludzie uwielbiają słuchać smutnych piosenek, znamy to z autopsji, inaczej byśmy takich piosenek nie tworzyli. Czasami jednak wychodzi z nas coś wesołego i na pewno nie będziemy się tego wyrzekać. Nie możemy zdradzić za wiele, ale rok 2017 będzie nie tylko rokiem wydania naszej płyty ze smutnym technem, ale też rokiem paru muzycznych niespodzianek, a niespodzianki są z natury wesołe, przynajmniej tak nam się wydaje.

Macie swoje muzyczne marzenia – takie jak wymarzona współpraca, miejsca, w których chcielibyście wystąpić?

Oczywiście, nie chcemy się nawet nad tym zastanawiać, bo byłoby tego więcej niż jakikolwiek wywiad jest w stanie pomieścić, ale mamy kilka muzycznych marzeń, które przewijają się w naszych codziennych rozmowach. Sesja z KEXP na wulkanie. Wspólny koncert z Benem Howardem. Remiks naszego utworu, wykonany przez Jona Hopkinsa. Tramwaje grające na zakrętach jak akordeony. To tylko parę przykładów.

Za Wami sporo koncertów, które zagraliście w ubiegłym roku. Jak wspominacie 2016 rok? Jakie wydarzenia, momenty w trasie szczególnie zapadły Wam w pamięć?

O niektórych momentach nie możemy opowiedzieć, bo nasze mamy czytają i, sama rozumiesz, potem musielibyśmy im tłumaczyć, o co chodzi, ale na pewno jedną z najpiękniejszych chwil była ta związana z Festiwalem w Opolu. Nie chodzi nam o występ, chociaż też było całkiem miło, ale o nocleg w Turawie, leżącej nad jeziorem. Ognisko z kartek notatnika i chleb tostowy na patyku na długo zostaną w naszej pamięci i bardzo chcielibyśmy tam jeszcze wrócić. Może przy okazji duetu z Kasią Nosowską na Scenie Alternatywnej? Nie pogardzimy.

W Waszych opowieściach na FB często przewija się temat pierogów. Z tych momentów w trasie to muszę też zapytać – gdzie można zjeść najlepsze pierogi? 

Polska obfituje w takie miejsca, jesteśmy wręcz zagłębiem pierogów, ale też ryzykowne byłoby podawanie konkretnych miejsc, bo wtedy może zabraknąć dla nas smażonej cebulki, a to bardzo niedoceniany aspekt pierogów. Trochę sobie żartujemy, więc już tak zupełnie na poważnie: w jedzeniu pierogów najważniejsi są ludzie. Oczywiście najlepiej, żebyśmy to byli my, ale inni ludzie też będą cudowni. Zapraszajcie ludzi na pierogi, to nasze przesłanie.

Teraz jesteście na etapie nagrywania. Jak idą prace nad debiutancką płytą? Zdradzicie przybliżony czas premiery?

Etap nagrywania dobiega końca, dużo pracy jednak przed nami, cieszy nas to, stresuje, dręczy i męczy, ale jesteśmy pewni, że efekt, czyli ”Matronika”, będzie tego wart. Nie możemy jeszcze powiedzieć, kiedy, ale gdybyście w kwietniu przechodzili koło sklepu muzycznego to polecamy zajrzeć. A nuż znajdziecie nową płytę Maryli Rodowicz.

Zobaczymy Was jeszcze na koncertach w tym roku?

Oj tak! Szykuje się wspaniała przygoda i jedyny smutek jest taki, że nie możemy jeszcze nic o tym powiedzieć. Bądźcie czujni, wejdźcie od czasu do czasu na nasz fanpage, a postaramy się, żeby ta przygoda Was nie ominęła.

Mam nadzieję, że na tę okazję wdrożycie wysyłkę Waszego autorskiego presspacka – z kaktusem, pieczątką i pierogami. Serdecznie dziękuję za wywiad.

Dziękujemy bardzo! Pracujemy jeszcze nad kaktusem, ale nie omieszkamy się pochwalić!

komentarze

comments

Polecamy