Dodatki / Wywiady

Ralph Kaminski: „Zawsze pod prąd”

napisane przez Zuzanna Zaręba, 29 marca 2017
Foto: Materiały prasowe Fonobo/MTJ

Jeden z najciekawszych debiutantów ubiegłego roku. Perfekcjonista w każdym calu, z pietyzmem tworzy swój muzyczny świat. Ralph Kaminski właśnie przemierza Polskę z zespołem My Best Band in The World. Przy okazji wrocławskiego koncertu znalazł chwilę, by opowiedzieć nam, o czym szumi jego „m o r z e”, o teledyskach i kolejnych artystycznych wyzwaniach.

Znajdujemy się teraz ponad 500 km od polskiego morza, by porozmawiać o Twoim
„m o r z u”. Powiedz, o czym jest Twój debiutancki album. Czy tak dosłownie morze było świadkiem ważnych dla Ciebie momentów?

To symboliczny tytuł. O tym co przeżyłem nad morzem. Swego rodzaju rozliczenie, moje pożegnanie z morzem. To również wejście w dorosłość. Morze uczuć, morze miłości i morze… smutku.

To taka, przepełniona nostalgią, ścieżka dźwiękowa o Twoim życiu…

Tak, w mojej muzyce są pewne elementy muzyki filmowej. Chciałem je wykorzystać, by nagrać taki właśnie soundtrack o moim życiu, opowiedzieć o sobie poprzez między innymi muzykę filmową, pasującą do sposobu kompozycji i historii, które chcę opowiedzieć. To jest to.

Czy poza pisaniem piosenek, zajmujesz się również muzyką teatralną lub filmową?

Jeszcze nie, ale już na jesieni, na początku listopada będę robił muzykę do niezależnej brytyjskiej produkcji. To będzie pierwsze takie wyzwanie w mojej karierze, na pewno chciałbym się tym w przyszłości zajmować. Nie mogę się już doczekać. To będzie film drogi. Ogromnie się cieszę. Ostatnio zrobiłem też muzykę do pewnej reklamy, bardzo fajne doświadczenie. Na pewno jest to inny rodzaj pracy, dla mnie bardzo ekscytujący, ale uwielbiam nowe wyzwania. Nie lubię jak jest za wygodnie, lubię wciąż stawiać sobie wysoko poprzeczkę.

Zaintrygowało mnie, jak nieraz nazywasz swoją muzykę, jako „artystyczny pop z elementami muzyki filmowej”.

Bardzo trudno nazwać to, co robię i sklasyfikować gatunkowo. Na pewno nie jest to czysty pop, raczej muzyka alternatywna, trochę indie rock. Jaka jest Twoja muzyka? To zawsze trudne pytanie, bo trudno mi to dokładnie określić, bezpośrednio do czegoś porównać. Nie skupiam się na tym jak to nazwać, po prostu robię to co czuję.

Na „m o r z u” poza warstwą muzyczną poruszają również Twoje teksty, pisane w większości po polsku, w prosty sposób nazywające stany i emocje. Teraz na polskiej scenie młodzi muzycy coraz chętniej piszą po polsku. Pamiętam, że w jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie podoba Ci się jednak „moda” na alternatywne teksty, w których nie wiadomo o co chodzi.

Tak, chodziło mi właśnie o takie pisanie pseudo-artystycznie i alternatywnie, teksty w których nie wiadomo o co chodzi. Z tego nic nie wynika i robi się z tego taki banał. Moje teksty są bardziej proste, mówię wprost, nie używam kosmicznych metafor.

Myślę sobie jednak, że jest w tym też pewna trudność, mówić w piosence w prosty sposób o rzeczach, tematach tak ważnych i uniwersalnych jak np. miłość. Chodzi mi o pewne wyczucie, by nadmiernie nie uprościć i nie przesadzić w drugą stronę.

Jeśli o mnie chodzi, od kiedy zacząłem pisać piosenki, ufam swojej intuicji. Kiedy piszę i czuję, że tak powinno być, to wtedy tak zostawiam. Kiedy jednak coś mi nie gra, jakiś element nie pasuje, wtedy muszę znaleźć na to sposób. Szukam, szukam i jak znajduję, wtedy mogę to wypuścić. Było jednak takie ryzyko, które podjąłem w piosence „Mój Hymn o Warszawie”, bo to jest też inny rodzaj tekstu. Konwencja trochę prześmiewcza i kabaretowa. Długo pracowałem nad tym tekstem, uważając, by ta cienka granica nie została przekroczona. Myślę, że się udało. Na przykład w piosence “Los” wszystko mówię wprost i ten tekst sam ze mnie wypłynął. Nie trzeba było wiele dodawać, są tam proste emocje.

Czy w procesie tworzenia tych tekstów poza bezpośrednimi historiami z życia inspirowało Cię coś jeszcze? Masz jakichś mistrzów literackich i songwriterów, którzy Cię inspirują?

Przyznam szczerze, że za dużo wierszy nie czytuję i nie upajam się tą literackością. Słucham po prostu dużo muzyki, dużo piosenek. Słucham też ludzi i dużo zapamiętuję z codziennych rozmów. Czasem podczas pisania wykorzystuję pojedyncze słowa, ale nie skupiam się tak nad tym, nie wyszukuję sobie tematów. Oczywiście są twórcy, których bardzo cenię, którzy pisali piękne teksty jak np. Agnieszka Osiecka. To są wszystko naturalne dialogi z życia przełożone na teksty piosenek. I wbrew pozorom to jest bardzo proste, ale ujęte w taki interesujący sposób, z gustem. I w tym tkwi siła. Tak mi się wydaje.

Twoją muzykę wyróżnia brzmienie tradycyjnych instrumentów  ̶  skrzypiec i fortepianu. W dobie synthu i elektroniki z „m o r z e m” przybywasz z tradycyjnej muzycznej krainy, starej szkoły.

Może się tak wydawać, choć nie do końca tak jest. Podjąłem taką decyzję, że na pierwszym albumie (a miałem wiele pomysłów na jego aranżację), rezygnuję z elementów nowoczesnych. Chciałem stworzyć coś obudowanego klasycznymi instrumentami. Choć czasem imitujemy muzykę elektroniczną np. w piosence „Meybick Song”. Ale tak właśnie miało być, zależało mi, żeby brzmienie było klasyczne i ponadczasowe. Miałem dużo czasu, żeby to sobie wszystko przemyśleć.

Ile czasu zajęła Ci praca nad debiutanckim albumem?

Pracowałem, walczyłem tak naprawdę pięć lat. Tyle czasu zajęło mi, żeby wszystko wywalczyć – wydać, zaaranżować. Ale to też dobrze, bo nie był to łatwy materiał. Trudny o tyle, że łatwo było zboczyć z kursu, zmienić kierunek, spalić się i wszystko tym zniszczyć. Bo czasami nawet najlepszą kompozycję można po prostu zepsuć, a nie najlepszą można też aranżacją podrasować.

Jeszcze na chwilę wróćmy do filmowych klimatów, a dokładnie do Twoich teledysków: „Podobno”, „Meybick Song” i „Zawsze”, które tworzą swoistą trylogię, prawda? Z mocno wyczuwalnym duchem filmów Xaviera Dolana.

Tak, oczywiście. W szczególności ostatni teledysk „Meybick Song” jest swojego rodzaju hołdem dla Xaviera Dolana, ale również Amy Winehouse, w klipie pojawia się piosenkarka stylizowana na nią. Jest też hołdem dla Davida Bowie. Naszą główną inspiracją był film „Hedwig and the Angry Inch”.”Meybick Song” opowiada też o tym, co współcześnie przeżywają artyści. Jest artysta (moje alter ego), który śpiewa finałową piosenkę z mojego albumu i spotyka się z niezrozumieniem. Słuchają go przypadkowi ludzie w jakimś barze mlecznym, ale na końcu porywa ich, w abstrakcyjny sposób. I nie wiemy, czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w jego wyobraźni. Nadal kontynuujemy tę trylogię. W kwietniu sfilmujemy kolejny teledysk, do piosenki „Morze”, za kamerą stanie reżyser z Islandii. To będzie klip w stylistyce i estetyce horroru. A następny teledysk będziemy kręcić w maju.

Wow, jestem bardzo ciekawa kolejnych klipów. Maczałeś swoje palce w tych trzech produkcjach?

Tak, jestem współscenarzystą wszystkich teledysków. Spełniałem się też jako współreżyser „Meybick Song”. Zdarzyło mi się też robić kostiumy, bo budżet był ograniczony. Współpracuję ze świetnymi specjalistami, ale mam w sobie lekkiego control freaka. Przy kolejnej produkcji muszę jednak dać więcej decyzyjności i kontroli reżyserowi  z Islandii. Trochę się boję, ale będzie to na pewno ciekawe doświadczenie. To bardzo ceniony twórca teledysków i filmów.

To wygląda na to, że prawdziwy z Ciebie człowiek orkiestra z wizją, wizjoner?

Boże nie, nie lubię się nazywać takimi patetycznymi określeniami. Staram się po prostu kreować swój własny świat, własną rzeczywistość. Uwielbiałem to już będąc dzieckiem. Choć to wszystko jest tak naprawdę dla widzów. Ja się w tym ogromnie spełniam, ale tak naprawdę wszystko jest po to, by dawać rozrywkę i pobudzić niezwykłe emocje u odbiorców.

Zacząłeś swoją przygodę z muzyką we wczesnym wieku?

Taką profesjonalną dopiero na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Wcześniej chodziłem do lokalnego domu kultury i do szkoły muzycznej I stopnia w klasie skrzypiec, ale tak na sto procent dopiero na Akademii.

Miałeś plan B?

Właśnie nie. Z perspektywy czasu myślę, że byłem szalony. Rzuciłem wszystko, żeby zdawać na ten jeden kierunek (Wydział Jazzu i Muzyki Estradowej). Miałem jeszcze plan, żeby zdawać na Akademię do Katowic, ale nabór już był zamknięty. W sumie dobrze się stało, bo w Gdańsku było cudownie. Choć naprawdę trudno się tam dostać, ale mnie przyjęli, więc widocznie tak miało być. Nie było planu B. Robię coś na sto procent albo nie robię tego w ogóle.

Powiedz jeszcze o swoim najlepszym zespole na świecie (My Best Band In The World).

Cóż, choć nazwa jest z przekąsem i żartem, to jest naprawdę mój najlepszy zespół na świecie, jedyny jaki mam. Wspaniali ludzie i muzycy. Niektórych znam już bardzo długo i są ze mną od początku. Ten zespół istnieje od 2013 roku. Część osób poznałem na FAMIE, część na studiach. I tak zaczęła się nasza przygoda. Byli zawsze ze mną i dla mnie, cokolwiek by się działo. I są teraz ze mną tutaj. To niesamowicie utalentowani ludzie. Osobowości z różnych muzycznych światów. Każdy z nich daje swoje brzmienie i część swojej osobowości, i tworzy się coś ciekawego na scenie. I myślę, że to widać. Nigdy nie mamy siebie dość. Uwielbiamy spędzać ze sobą czas i to jest wspaniałe.

Muszę jeszcze zapytać o taki pozamuzyczny aspekt, ale również element Twojej osobowości. Bo wyróżniasz się też imagem i niebanalnym stylem.

Boże, nie wiem o co chodzi! Ciągle ktoś mówi o jakimś stylu. Jakbym był jakąś Anną Wintour! (śmiech).

Jednak podrążę trochę temat. Jestem ciekawa, czy sam świadomie kreujesz swój styl, interesujesz się modą?

Kostiumy na naszą trasę robiła Magda Bem, genialna kostiumograf. Robiła kostiumy do m.in. “Idy” i “Wołynia”. Pomagała nam stworzyć coś na scenę. Ale tak na co dzień to wszystko sam wymyślam. Jakieś tam szmateksy z Jasła. Nie śledzę żadnych nowinek modowych. Jestem w ogóle przeciwny trendom. Jak coś jest modne, to ach! trzeba na odwrót. I tak samo jest w muzyce. Bo o mojej płycie mogę powiedzieć, że raczej nie jest modna. Bo modna jest elektronika, te wszystkie bigbeatowe rzeczy a la lata 60. Sam lubię ciekawych ludzi, jak każdy jest po prostu sobą. I to jest fajne.

Czyli zawsze pod prąd?

Tak. Oczywiście. Tylko i wyłącznie pod prąd. Z umiarem, ale pod prąd.

Jesteś teraz w trasie, niedługo kręcenie teledysków, potem muzyka do filmu. Dużo się dzieje. Żyjesz tym na bieżąco, czy masz może jeszcze jakieś nowe projekty i plany na horyzoncie?

To na razie tyle. Mam swoje etapy i tak planuję z miesiąca na miesiąc. Nie wybiegam bardzo planami w przyszłość. Stawiam sobie poprzeczkę na tyle, na ile jest to możliwe i się rozwijam, w swoim tempie.

W takim razie trzymam kciuki za wszystkie etapy i życzę samych sukcesów. I dziękuję za rozmowę.

Trzymaj koniecznie. I również dziękuję.

komentarze

comments

Polecamy