Dodatki / Wywiady

Paulina Przybysz: „Pomimo rymów czuję, że piszę prozą”

napisane przez Alicja Widera, 14 grudnia 2017
Foto: Materiały Prasowe

Zaprezentowała się już publiczności jako Lil’Sista, Rita Pax oraz Pinnawela, udowodniła odbiorcom, że w Polsce można tworzyć soulowe kawałki, a także, że trzeba eksperymentować i rozciągać granice muzycznego komfortu. W poprzednim miesiącu Paulina Przybysz wydała nowy longplay zatytułowany „Chodź tu”, zawierający zarówno piosenki w języku angielskim, jak i polskim. Intrygujący, nowatorski, odważny – takimi słowami należałoby go określić. Z tej okazji Paulina opowiedziała mi troszkę o wolności, rynku muzycznym oraz o aktualnie obejrzanych serialach.

Twój najnowszy album „Chodź tu” pozytywnie zaskoczył odbiorców. Miło Cię znowu usłyszeć po polsku. W swoim dorobku masz pełno wartościowych projektów, takich jak Pinnawela czy Rita Pax, teraz jednak wydałaś materiał pod swoim nazwiskiem. Czy właśnie zaczyna się przełom w karierze Pauliny Przybysz?

Nie mam pojęcia. W każde czy to urodziny, czy Nowy Rok zawsze mam podskórne uczucie przełomu, ale wiesz jak jest… Chyba jestem bardzo intuicyjnym i spontanicznym człowiekiem, staram się nie krępować przy twórczości. Jeśli czuję, że projekt potrzebuje jakiejś nazwy, jeśli gram w zespole – to jestem w tym w takiej formie. W przypadku tych piosenek czułam, że to są po prostu moje bardzo osobiste numery i że jestem na tyle duża, żeby po prostu je wydać jako Paulina Przybysz, bo umówmy się – moje nazwisko jest wystarczająco kosmiczne.

W wywiadzie z Przemysławem Bollinem opowiadasz, że dojrzałaś do tego, by nie pisać już kolejnych bezpiecznych piosenek. Jaka kompozycja na nowym albumie jest najodważniejsza, a może powinnam zapytać: najniebezpieczniejsza?

Myślę, że nigdy bezpiecznych piosenek nie pisałam, nigdy nie czułam, że muszę stawiać sobie jakieś granice. Może być tak, że dotyczy to tej dozy szczerości, która podana jest dość bezpośrednio, bez grubszej warstwy poezji. Pomimo rymów czuję, że piszę prozą i że te muzyczne zmiany akcji też są super naturalne, choć dla niektórych pewnie dziwne.

W piosence „Papadamy” śpiewasz: taki potencjał na dyskach zarósł. Nie da się ukryć, że to mały przytyk w stronę polskiego rynku muzycznego. Masz mu coś za złe?

Nie tyle za złe, co bywam z jegi powodu smutna, kiedy idę na koncert kosmicznie świetnych muzyków, producentów i jest tam 15 osób, a w radio leci w większości nudna dla mnie muzyka. To oczywiście super subiektywne i szanuję tych artystów, którzy trafiają na listy przebojów. Jest tam dużo super rzeczy! Ale gdy masz świadomość siły tego podziemia, które nie do końca może w pełni rozwijać swój potencjał, bo musi chodzić do innej pracy żeby przetrwać, trochę dołuje, to fakt. Myślę, że w Polsce nie jest generalnie za dobrze z edukacją muzyczną, taką poza szkołami artystycznymi i że nie grzebie się wystarczająco w potencjale dzieciaków, bo myślenie musi być ekonomiczne…

W tym samym kawałku Katarzyna Nosowska występuje w postaci pewnego rodzaju surowej mentorki. Niedawno razem z Natalią Przybysz towarzyszyłyście zespołowi Hey w Fayrant Tour, a piosenka „Mehehe” brzmiała jakby była idealnie stworzona dla Was, szczególnie dla Ciebie. Jak wspominasz te koncerty?

Czułam się bardzo szczęśliwa i zaszczycona, że mogłam sobie zaśpiewać piosenki z oryginalnym składem Hey, które wzruszały mnie i wzruszają od lat. Bardzo fajna ekipa, świetna organizacja tych w sumie ogromnych produkcji, pełen szyk.

Od paru dni non stop zapętlam „Padawan”. Jest zarówno delikatny jak i niepokojący. Podobne napięcie prześladuje w „Dzielnych kobietach”, do których włączyła się Zamilska. Na najnowszym krążku mieszasz R&B z trip-hopem oraz elektroniką. Od razu miałaś w głowie docelowe brzmienie, czy krystalizowało się z kolejnymi próbami?

Nigdy nie mam zamysłu gatunkowego. Myślę, że o tym jaki kształt nabiera album, decyduje jakaś faza moich zajawek, tego jakich płyt słucham, starych czy nowych – w sumie nie jest to istotne, istotne jest do czego mnie w tych latach ciągnie. Lata produkcji tego albumu – a trwało to ze 3 lata – były w sumie bardzo sentymentalne. Wracałam do starych płyt typu Aaliyah D’angelo czy Tribe Called Quest i jednocześnie śledziłam nowości z różnych sfer brzmienia: Alabama Shakes, Foo Fighters, Mura Masa, DJ Shadow, więc ciężko byłoby mi pewnie użyć jednego gatunku „i cześć”, bo to wszystko mnie bardzo jara i odbiło się na brzmieniu. Wspomniany przez Ciebie „Padawan” został wyprodukowany z estońskim producentem Sanderem Mulderem, którego ścieżki wpływów w dużym stopniu są dla mnie tajemnicą, choć zdążyliśmy pogadać o tym, co nas w muzyce pociąga. Ale jak wiadomo – to studnia bez dna.

Warstwa muzyczna kompozycji „Owce” jest również bardo ciekawa. Mogłabyś zdradzić nam jak powstała?

„Owce” powstały z sampli, które stworzyłam będąc wykładowcą na warsztatach muzycznych w Jaworkach. Piękna górska miejscowość. Siedziałam tam tydzień i jak nie miałam zajęć próbowałam czerpać z tego, że jestem sama, bez dzieci i mam dookoła naturę. Nagrywałam owce – to te dzwonki, ktore słychać we wstępnie – muchy, kury, koguty, strumyki i lepiłam z nich ten aranż. Na końcu można usłyszeć – tak to nazwijmy – ćwiczenia psycho-wokalne, z uczestnikami warsztatów, których zabierałam na łąkę. To moja produkcja, ale wykończona przez Jacka Antosika ciekawym miksem. Bardzo offline jest ten numer!

Masz jakieś miejsce na świecie, do którego Cię ciągnie i właśnie tam najszybciej regenerujesz siły?

W sumie – to nie. W sensie, kocham różne miejsca, ale do regeneracji najbardziej potrzebuję spokoju w głowie. Może się okazać, że wystarczy mi przedział w pociągu albo mój dom, gdy posprzątam i zrobię sobie kawę albo zagrzebię się z chłopakiem pod kołdrą. Uwielbiam jeździć do rodziców, którzy wyprowadzili się pod Sandomierz, do Andruszkowic, i prowadzą tam różne ciekawe działalności – noclegi z wegańskim śniadaniem, piękne warsztaty muzyczno-samorozwojowe. Polecam wizytę u nich, bo są ekstra i zawsze dodają człowiekowi energii.

W „Pirx” pada zdanie: jestem Przybysz z Kosmosu – jak wrażenia z pobytu na tym kawałku Ziemi? Czy w obecnych czasach artysta może sobie pozwolić na wiele?

Myślę, że cała misja polega na tym żeby serce mieć otwarte i odważne, śpiewać prawdziwie i tak żeby chciało się nam samym tańczyć albo z zamkniętymi oczami pływać w tej muzyce. Na to trzeba sobie pozwalać. Cała historia tego jak to zostanie użyte: czy dla kogoś będzie to super ważne oraz czy piosenka przeprowadzi go przez trudny moment; czy ktoś to przełączy i powie „ale słabe” – to już dzieje się samo i trzeba umieć to puścić. Lubię to, że „wydanie albumu” po angielsku brzmi release – tak jak uwolnienie, wypuszczenie. Trzeba wtedy odpuścić i pozwolić iść swojej twórczości swoją drogą, to trochę jak z dziećmi…

Odchodząc odrobinę od materiału „Chodź tu” – tworzysz poruszające, unikalne utwory, jesteś od lat na scenie muzycznej, współpracujesz z wieloma wyjątkowymi artystami, masz piękną rodzinę – odkryłaś swoje miejsce czy niezmiennie szukasz wolności?

Zależy kiedy mnie o to spytasz. Dziś miałam bardzo aktywny, ale pozytywny dzień, więc mogę powiedzieć, że odnajduję wolność w tej zajętości i poczuciu, że robię dobrze. Moje działania są ważne i nie muszę się wewnętrznie miotać. Za godzinę mogę Ci jednak powiedzieć, że mam przesrane i że nikt mi nie mówił jak byłam w ciąży, że będę musiała jeszcze dwa razy dziennie w życiu wstawać do szkoły przez parę lat i doglądać lekcji, wydawać posiłki i ścielić tak dużo łóżek, drugą ręką autoryzując wywiady oraz że nie ma wolności na świecie… W sumie lubię definicję Niny Simone, że wolność to brak strachu i lubię myśleć, że większość moich dni spędzam w tym stanie wolności.

Łatwo być dzielną kobietą? To równoznaczne z feminizmem?

Mam problemy z definiowaniem feminizmu. Dla mnie tam, gdzie jeden człowiek szanuje drugiego, jest feministką czy feministą, to tak samo jak jest homo sapiens. A tam gdzie ma problem z tym, że ktoś jest kobietą a ktoś facetem, jest dla niego dziwnym zjawiskiem. Tak jak mnie dziwią uprzedzenia rasowe czy decydowanie o tym kto kogo może kochać, a kogo nie. Odpowiadając na pierwsze pytanie, czasami trudno być dzielnym człowiekiem, ale robię co w mojej mocy!

Skąd czerpiesz siłę na swój zaraźliwy optymizm?

Myślę, że z wdzięczności, że mam fajnie. Widzę dookoła dużo bardzo ciężkich, trudnych żyć i jak włącza mi się menda to mówię sobie: Pauliśka, weź zobacz! Robisz to, co kochasz, masz dookoła tych, których kochasz, zdrowa jesteś, weź się ogarnij. I się ogarniam. Jak na razie działa. Wdzięczność jest fajna, bo nie ma w niej ciśnienia i strachu, że coś się straci. Ona jest lekka i radosna. To jest jakoś zaraźliwe, wciąga jak popcorn.

Pod koniec października wystąpiłaś w ramach Tofifest Film Festival z utworami m.in. takimi jak „Paper Planes” i „I’ve Seen It All”. Już wiemy, że jesteś fanką „Gwiezdnych Wojen” i „Mindhuntera”, lecz jakiś czas temu wspominałaś, że czekasz na drugi sezon „Stranger Things”. Zdania o nim są nieco podzielone wśród krytyków. Jakie są Twoje wrażenia?

Well… Ja chyba bym sama nie dźwignęła tej serii, ale z narzeczonym daliśmy radę, bo jest troche horrorystyczna, a ja nie kumam tego gatunku. Jak wspomniałam wyżej raczej unikam strachu, zupełnie nie lubię się bać. Ale umówmy się – ten serial działa na nas jakoś mocno sentymentalnie, jakby dodawał powagi naszym młodzieńczym latom. Chyba wszyscy trochę tęsknimy za analogowym światem i za Winoną. Teraz oglądam „She’s Gotta Have It” Spike’a Lee i kocham się w Marsie, wiadomo.

komentarze

comments

Polecamy