Dodatki / Wywiady

Legumina: „Chodzi nam o coś ciepłego, miękkiego i puchatego”

napisane przez Paulina Zając, 23 listopada 2017

Legumina, czyli Mon Sadowska i Marcin Gręda, to młody polski zespół tworzący wspólnie od czterech lat. Rozstali się, aby tworzyć. Ich debiutancki krążek „Something Pasty and Probably Yellow” ujrzy światło dzienne 24 listopada tego roku.

Na wstępie muszę zapytać – skąd pomysł na nazwę zespołu?

Mon: Nazwa na pewno jest związana z deserem i z naszym dziwnym upodobaniem pt. „wygrzebywanie jakichś dziwnych rzeczy z lat 80. czy 90.”.

Marcin: Ja myślę, że chodzi o coś ciepłego, miękkiego i puchatego.

Mon: Taak, lejącego się i żółtego!

Z tego, co widziałam, proces twórczy dość mocno rozłożył się w czasie. Decyzja o stworzeniu płyty zapadła już w roku 2013.

Marcin: Sprawa wyglądała tak, że jeszcze w poprzednim życiu, kiedy byliśmy razem, próbowaliśmy coś tworzyć, ale zawsze kończyło się to awanturami. Zalążek jednej piosenki z tych czasów przetrwał i pojawił się na płycie. Jeśli mam być całkowicie szczery, muszę przyznać, że nie pamiętam w którym momencie i dlaczego zdecydowaliśmy o stworzeniu płyty.

Teaser albumu pojawił się w sieci dwa lata temu.

Mon: Tak, to była dobra inicjatywa. Zbudowaliśmy napięcie, aby finalnie z powrotem zniknąć (śmiech).

Marcin: Nasza sytuacja niestety nie była komfortowa dla tworzenia i komponowania. Każde z nas ma gęste życie – masę obowiązków i „zajęć pozalekcyjnych”. Nagrywamy płytę samodzielnie – Monika pisze teksty i nagrywa wokale, ja robię całą resztę, w związku z czym pracy jest naprawdę bardzo dużo. Moja przypadłością która przedłuża każdy proces jest to, że nie wiem kiedy skończyć. Dłubię i wydaje mi się, że to koniec, ale z całą pewnością znajdę jeszcze coś do poprawienia.

Mon: Te cztery lata temu uznaliśmy, że oboje chcemy zająć się muzyką. Nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie co to oznacza, dokąd nas do poprowadzi ani jak długa będzie ta podróż. Gdyby ktoś nam wtedy powiedział, że zlepienie całości potrwa cztery lata, prawdopodobnie stwierdzilibyśmy „dobrze, to może jednak zróbmy coś innego”.

Co podczas tego procesu uległo większej zmianie – treść czy forma?

Marcin: Treść chyba powstała najszybciej. To były takie szybkie strzały

Mon: Tak, sprawy nabrały obrotu, kiedy zdecydowaliśmy, że ten album będzie o naszym związku. Wcale nie wiedzieliśmy tego od początku. Pisaliśmy różne piosenki, na przykład o psach, które miały za krótkie nogi. Nie było to za dobre. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że dwie z trzech piosenek, które nam się faktycznie podobały, dotyczą tamtych czasów. Dlatego zdecydowaliśmy, że powinniśmy o tym napisać też resztę.

Marcin: Z mojej strony proces zawsze jest czasochłonny. Lubię grzebać w muzyce, w związku z czym zakończenie projektu w moim wykonaniu potrafi graniczyć z cudem.

Jakie motywy, poza tym związkowo-rozstaniowym znajdziemy na płycie?

Mon: Temat naszego związku jest tym głównym, ale jest też na przykład piosenka o sowie, która poleciała na biegun. Nie jest ona de facto związana z naszą historią, ale powstała właśnie za czasów związku. Reszta utworów to urywki z naszej wspólnej przeszłości. W teksty wplotłam też odniesienia do filmów takich jak „Holiday”, „Notting Hill” czy piosenki Stinga „Felds of Gold”.

Marcin: Tak, to jest płyta o nas, ale nie wszystko przedstawione jest wprost. Wiele jest zaszyfrowane w kontekstach i pop-kulturowych odniesieniach.

A jak z komunikacją między wami?

Mon: Ja autobusem 167.

Marcin: Ja najczęściej jeżdżę dziewiątką. A tak serio – nadal mamy bagaż, który jedzie z nami, ale staramy się nad tym pracować i myślę, że jest lepiej.

Mon: Staramy się nie używać Messengera, bo właśnie tam dochodzi do większości sprzeczek. Na pewno bywa ciężko, ale doceniamy to, że nadal wzajemnie istniejemy w swoich życiach nawzajem i nie wyobrażamy sobie po prostu się nie znać.

Potrafilibyście opisać krążek w trzech słowach?

Mon: Wydaje mi się, że to jakbyśmy ją opisali zdradza sam tytuł. Dawno temu, kiedy nasz wspólny znajomy w żartach zapytał nas jak nazwiemy nasz zespół i odpowiedzieliśmy „Legumina” stwierdził, że kojarzy mu się to z czymś, co jest żółte i prawdopodobnie glutowate. Postanowiliśmy zapożyczyć jego słowa, przerobić je trochę i ich użyć. Chyba właśnie o to nam chodzi – o piosenki które są lejące, glutowate, ciepłe i ciastowate.

Marcin: Słowo „prawdopodobnie” to kolejne z słów, których użyłbym do opisania tej płyty.

Można was gdzieś posłuchać na żywo?

Marcin: Legumina jest na tym etapie projektem studyjnym. W przyszłości prawdopodobnie będziemy musieli rozważyć koncertową wersję, ale w tym momencie jest to trudne logistycznie, bo najzwyczajniej w świecie nie mamy zespołu, a nie wyobrażam sobie grania z przypadkowymi ludźmi.

A gdzie chcielibyście zagrać?

Mon: Mamy delikatne lęki społeczne, które nam każą raczej być w mniejszych gronach i kameralnych sytuacjach. Najlepszym miejscem byłaby chyba kuchnia Marcina.

Czyli coś bardziej w kierunku Sofar Sounds?

Marcin: Tak, chociaż totalna intymność i bliskość też potrafi być przerażająca. 

W jednym z komentarzy określiliście swój styl jako „Kate Bush popsuta elektroniką ze względu na kontuzję stawu biodrowego gitarzysto-perkusisty”. Moglibyście to rozwinąć?

Mon: Fakt jest taki, że uwielbiam Kate Bush i jej rozbuchaną emocjonalność. Ostatnio byłam w Norwegii i stojąc przed wielkim wodospadem popłakałam się jak dziecko.

Marcin: No i to jest właśnie kolejny problem z koncertami. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak się zachowamy. Monika może zacząć płakać, ja pewnie albo się schowam, albo wybiegnę z krzykiem. Natomiast jeśli chodzi o styl – jesteśmy za blisko, żeby móc to określić. Dopiero informacja zwrotna mogłaby nas jakoś umiejscowić w pobliżu któregoś z gatunków.

Mon: Nie czujemy presji odcinania się od tego, co popowe czy popularne.

Marcin: Nie boimy się słowa „pop”, ale nie celujemy w nic konkretnego.

Czyli kopnięta Kate Bush, to na tym etapie to, z czym się utożsamiacie?

Mon: Tak. Podoba mi się drugie dno bycia kopniętym.

Kogo jeszcze słuchacie?

Marcin: Mamy takie rzeczy, które lubimy razem. Na przykład The National – poza ostatnią płytą – Sufjana Stevensa…

Mon: … ja lubię Andrew Birda, Kings of Convenience, Laurę Marling czy Bena Howarda. Preferuję takie indie-folkowe klimaty, gdzie ktoś siedzi z gitarą, a Marcin idzie bardziej w stronę elektroniki. Mamy też artystów, przy których spotykamy się po środku.

Marcin: Ja jestem pod wrażeniem wszystkiego, co robi Fred Thomas i „Changer”. Jego ostatni album jest również świetny. Dalej podoba mi się ostatni album Brand New, mimo wszystkich kontrowersji i oskarżeń lidera o molestowanie. A ideałem podejścia do piosenek jest to, co robią The Notwist, którzy niezależnie od tego czy brzęczą na gitarce, czy używają arsenału totalnie elektronicznego, piszą rzeczy poruszające i totalnie świeże

A w sesji prywatnej?

Mon: Ja teraz słucham Stromae, ale to też ze względu na to, że dowiedziałam się o jego sytuacji rodzinnej. On jest pół Rwandyjczykiem, a jego ojciec zginął podczas ludobójstwa w Rwandzie. I o tym są piosenki, do których ludzie tańczą w klubach. I Bitamina! Marcin bardzo nie lubi.

Marcin: Nie słucham, ale szanuję. Ja w sesji prywatnej mam „Wild Boys” Duran Duran i ponadczasowe „Dancing With Tears In My Eyes” Ultravox.

Wszystkie teksty na płycie są w języku angielskim. Myśleliście o tworzeniu po polsku?

Mon: Tak, myślałam o tym, ale mam barierę. Dłuższe formy piszę po polsku. Piosenki zawsze były po angielsku i nie potrafię zmieszać ze sobą tych dwóch światów. Próbowałam, ale nie jestem w stanie napisać po polsku piosenki, która nie stałaby się wierszem.

Macie do wyboru każdego artystę z dowolnej dziedziny na skalę światową. Z kim chcielibyście współpracować?

Mon: Ja bym zatrudniła Wesa Andersona do wyreżyserowania któregoś z klipów.

Marcin: A ja Sufjana Stevensa z gitarką do featuringu.

A jakie są muzyczne plany na przyszłość Leguminy?

Marcin: Myślimy o EP-ce, ale to jeszcze nic oficjalnego. Będziemy też pewnie rozważać współpracę z wytwórnią. Ten album wydaliśmy własnymi siłami, ale nie wykluczamy, że nasze kolejne wydawnictwa powstaną u boku wytwórni.

Mon: Nie nakładamy na siebie presji czasu. Ostatnia próba pisania skończyła się zamówieniem chińszczyzny i oglądaniem Magdy Gessler. Będziemy dalej robić piosenki, ale podchodzimy do tego spokojnie. Mamy już pomysł na całość, ale z rozproszoną linią fabularną, także będzie to raczej zlepek historii i epizodów.

Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję słyszeć o was coraz więcej.

komentarze

comments

Polecamy