Dodatki / Wywiady

Janus Rasmussen (Kiasmos): „Polskę nazywamy „Sklepoland!”

napisane przez Justyna Czarna, 6 listopada 2016
Foto: Materiały prasowe

Zdanie, które lubię najbardziej z tego wywiadu, to „gdyby Kraftwerk pochodził z Islandii, brzmiałby inaczej”. Gdyby Bloodgroup pochodził z Polski, pewnie nazywałby się „sklep”. Gdyby Janus Rasmussen nie rozwalił metalowego zespołu, nie byłoby Kiasmos. Gdyby nie Kiasmos, to ani on, ani Olafur Arnalds nie wiedzieliby, jak robić techno. Gdyby nie ten wywiad, wielu z Was nie wiedziałoby, że teraz liczy się tylko hip-hop.

Co kojarzy Ci się z Polską? 

Najlepsza publiczność! Nie dlatego, że spotykamy się w Warszawie, ale naprawdę, myślę o Polsce jak o najlepszej publiczności na świecie.

Nie jest to SKLEP?

Haha tak! SKLEP! Faktycznie, pierwsze co kojarzę to „sklep”. Ale zaraz po tym jest wspaniała publiczność.

Dobrze, to może wyjaśnisz o co chodzi z tym „sklepem”?

To po prostu wspaniałe słowo! Poznałem je podczas pierwszej trasy z Bloodgroup po Polsce. Uznaliśmy wtedy, że słowo „sklep” jest jednym z najzabawniejszych słów na świecie. Zastanawialiśmy się co mogłoby znaczyć w naszym języku i nic nie przychodziło nam do głowy. A to słowo było wszędzie, gdziekolwiek nie popatrzyliśmy widzieliśmy „sklep”.  Od tego czasu Polskę nazywamy „Sklepoland”.

W większości wywiadów, jakie udzieliłeś z zespołem Bloodgroup, jest coś zabawnego, dużo z opowiedzianych historii wydaje się nierealnych. Chyba często żartowaliście sobie z rozmówców.

To prawda, czasami zdarzało nam się wkręcać, ale historia ze sklepem jest prawdziwa!

Żartowałeś, że robiąc pierwszy album nie miałeś pojęcia o muzyce elektronicznej?

To akurat prawda. Naprawdę nie mieliśmy pojęcia, może odrobinę. Wszyscy mieliśmy doświadczenia wyniesione z grania w mocnych, rock’n’rollowych składach.

Nawet ciężej – Ty i Olafur zaczynaliście swoją przygodę w zespołach metalowych.  Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu– to była dobra podstawa do tego, co obecnie robicie czy jednak pomyłka?

To była zdecydowanie…. wielka pomyłka! Nawet problem, z tego względu, że ja swój zespół rozwaliłem. Rozpadł się z mojego powodu.

Możesz powiedzieć coś więcej?

To jest dziwna historia. Byłem w zespole metalowym, gdzie byłem jedyną osobą, która nie chciała grać metalu. Chciałem ich przekonać do grania alternatywnego rocka i nawet zaczęło mi się to udawać.  Zaczęliśmy schodzić w coraz łagodniejszą muzykę i przez to członkowie zespołu zaczęli się wykruszać. Ale… chyba dużo się tam nauczyłem, więc może to jednak nie była pomyłka?

Trafiłeś tam przypadkiem, czy jednak słuchałeś wtedy metalu?

No właśnie nie! Raz na dwa miesiące słuchałem jakiejś metalowej piosenki. Nie więcej. Ale uznałem, że na chwilę może być, żeby po prostu być w zespole.  A co najważniejsze, gdyby nie ten zespół, chyba nigdy nie trafiłbym tu gdzie teraz jestem. Dzięki niemu poznałem inny zespół, który znał jeszcze inny i ostatecznie trafiłem do Bloodgroup.

No tak, macie tego dobra na Islandii tak dużo, że mogłeś wybierać.

Ten zespół metalowy nawet nie był z Islandii. To było bardzo dawno temu, jeszcze na Wyspach Owczych. Prawda jest taka, że ten metalowy skład skłonił mnie do przyjazdu na Islandię. Zatem to nie mogła być jednak żadna pomyłka. Muszę wycofać się z tego, co wcześniej powiedziałem. Gdyby nie ten metal, nie robiłbym tego co robię teraz i co sprawia, że jestem szczęśliwy. Gdyby nie to, nie poznałbym Bloodgroup, a gdyby nie Bloodgroup, nie byłoby Kiasmos.

Przeznaczenie?

Nie wiem, to po prostu bardzo dziwne zbiegi okoliczności. Pojechaliśmy na Islandię na dwutygodniową trasę koncertową. Byliśmy dzieciakami, chcieliśmy się dobrze bawić.

Mówisz o tym jak o zupełnym przypadku, ale to chyba także zasługa talentu – odkryłeś talent czy się go nauczyłeś?

Też nie wiem, patrzę na siebie jak na producenta muzycznego, więc nie zamykam się tylko na muzykę elektroniczną i wiem, że potrafię obracać się w różnorodnej gatunkowo muzyce. I właśnie to bycie producentem buduje we mnie poczucie dobrego ucha. Nie myślałem nigdy skąd to się bierze, po prostu robię to, co robię i mam nadzieję, że wychodzi dobrze. Ale jeśli miałbym powiedzieć, skąd wiem, że to jest dobre, to chyba nie doszukiwałbym się specjalnego talentu, a postawiłbym na doświadczenie w produkcji.

Produkowałeś różnorodną muzykę, która jest obecna na Islandii. Nie jesteś wkurzony i znudzony ciągłymi pytaniami, nawiązaniami do specyfiki Islandii? Nie za bardzo myślimy o tym kraju jak o wierzeniu w elfy i zatapianiu się w muzykę Sigur Rós i Björk?

Ooooo tak! Powiem szczerze – jestem maksymalnie znudzony tymi pytaniami i bardzo często mam tego dosyć. Ale staram się także zrozumieć, dlaczego Islandia jest postrzegana przez pryzmat Sigur Rós i Björk.  Przede wszystkim Sigur Rós. Ja sam kiedyś namiętnie ich słuchałem. Teraz traktuję ich jak moich przyjaciół, często dzielimy tę samą publiczność, znamy się dosyć dobrze i absolutnie nic przeciwko nim nie mam. Björk nie znam osobiście, ale nagrywaliśmy w tych samych miejscach. Wiele nas łączy, ale realnie Islandia nie do końca wygląda tak, jak ludzie o niej myślą. Bywa męczące, że ludzie nic poza tym nie zauważają.

Ale zgodzisz się, że wasza muzyka, tak samo jak muzyka Sigur Rós, brzmiałaby inaczej, gdybyście tworzyli ją w Berlinie czy Londynie?  

Nie mogę tego wiedzieć, bo ta muzyka już jest. Ona już została stworzona. Nie wiem, co Sigur Rós miało w głowie, o czym myśleli i jak by się to zmieniło, gdyby nagrywali w innym mieście. Myślę tylko, że gdyby Kraftwerk pochodził z Islandii brzmiałby inaczej.

Doszły mnie słuchy, że teraz na Islandii liczy się tylko hip-hop.

Byłabyś w szoku jak bardzo trafiłaś! Hip-hop to wszystko. Dlatego wracając do poprzedniego pytania, strasznie mnie bawi kiedy pytają o scenę islandzką w kontekście Sigur Rós. Zawsze  zastanawiam się, skąd dziennikarze biorą te pytania, skoro wszystko kręci się teraz wokół hip-hopu. Może ludzie spoza Islandii o tym w ogóle nie wiedzą, a powinni, bo taka jest prawda.

Pamiętasz o jakiej muzyce rozmawiałeś z Olafurem na początku znajomości?

To jeszcze nie był hip-hop, ale znamy się przez to, że właśnie cały czas rozmawialiśmy o muzyce. W ogóle poznaliśmy się, bo Oli był akustykiem Bloodgroup i pojechał z nami w pierwszą trasę, więc w busie nie było końca rozmów o muzyce. Ku naszemu zdziwieniu, wiedział o elektronice najwięcej. Obaj mówiliśmy, jak bardzo lubimy techno i jak bardzo nie mamy pojęcia, jak je robić. Olafur wtedy pracował nad swoim pierwszym projektem, ja byłem nowy w Bloodgroup, więc stanęło na rozmowach. Potem z konkretnych nazw na pewno pojawiało się Radiohead, a tak naprawdę to oboje najbardziej byliśmy zapatrzeni w Davida Lyncha.

David Lynch bardzo intensywnie działa na nasze zmysły obrazem, filmami, tym, co możemy zobaczyć. Wy natomiast uciekacie od łączenia muzyki z konkretnymi wizjami, wręcz mówicie o oddzieleniu obrazu od muzyki, bo mogłoby to waszym zdaniem spowodować nadmiar informacji.

Myślę, że muzyka, którą tworzymy nie potrzebuje obrazu. Ja nie widzę żadnych widoków, konkretnych miejsc czy pejzaży, widzę tylko abstrakcyjne rzeczy. Każdy ma stworzyć sobie w głowie swój własny. Wtedy jest to unikatowe, wyjątkowe i daje nam poczucie pewnej tajemnicy. Fakt, że każdy widzi co innego jest dla nas bardzo magiczny.

Kiedy wychodzisz do ludzi z nowym utworem, zdarza ci się czuć strach przed reakcją publiczności czy raczej dominuje ekscytacja?

Strach na pewno nie. Obaj wiemy, jak ludzie mogą zareagować na dane dźwięki. Obaj jesteśmy producentami i myślę, że dzięki temu jesteśmy w stanie sami ocenić, czy coś, co nagraliśmy może się podobać. Pracowaliśmy w życiu z wieloma wspaniałymi utworami, ale też z tymi kompletnie złymi, dlatego też potrafimy je odróżnić. Przeważa więc ekscytacja, a czasami zaskoczenie. Nie dlatego, że piosenka się nie podobała – bo mamy świadomość, że coś jest OK – ale okazuje się, że ludzie na jej punkcie szaleją. Po tylu koncertach wiemy jakie utwory będą się podobać. Kiedy robiliśmy pierwszy album, nie mieliśmy jak o tym myśleć, bo nikt nie kojarzył  nas z taką muzyką. Myślę, że przy kolejnym albumie inaczej będziemy reagować na pokazywanie światu nowych utworów. Jeszcze nie wiem jak, nie mam pojęcia jakie będziemy mieć do tego podejście, ale wiem, że z pewnością pojawi się dużo więcej presji, której wcześniej nie odczuliśmy w ogóle.

2 lata temu zapytani o przyszłość Kiasmos powiedzieliście, że nie wiecie, gdzie was ten projekt zaprowadzi – że cały czas sami odkrywacie jego potencjał i jeszcze nie macie na przyszłość konkretnych planów, a wszystko pokaże czas. Jak odpowiesz dzisiaj?

Nie mam pojęcia <śmiech>. Chyba nigdy nie będę wiedział, co odpowiedzieć.

To pytanie było zadane przed pierwszymi koncertami. Może chociaż koncertów można być pewnym?

Tak, będziemy grać, ale też ciężko mi o nich mówić, bo nie chcemy, żeby były takie same. Właśnie pracujemy nad jakąś zmianą, troszeczkę więcej eksperymentujemy ze światłem. Już zagraliśmy jakby „nowe” koncerty w Berlinie i Londynie, ale to się nadal zmienia. Są nowe pomysły na muzykę, to wszystko się dzieje, ale co będzie, to będzie.

Co daje ci Kiasmos, czego nie masz w Bloodgroup  i odwrotnie?

To jest zupełnie inna muzyka i wszystko co robię, daje mi tę różność. Kiasmos to dwóch producentów robiących eksperymentalną muzykę elektroniczną, a Bloodgroup to po prostu popowy zespół. Moje życie mocno kręci się teraz wokół Kiasmos, ale prócz tego cały czas produkuję albumy przeróżnych artystów.

Nie tęsknisz za śpiewaniem?

Tęsknię trochę, bo faktycznie to, co robię w Kiasmos różni się od bycia w zespole, w którym jesteś frontmenem. My raczej stoimy w cieniu. Dużo z Olafurem tańczymy, świetnie się bawimy, ale z pewną rezerwą. Inaczej jest być na scenie z zespołem, z samego przodu.

Mówicie o robieniu muzyki jak o malarstwie, tylko malarze zazwyczaj odnoszą sukces po śmierci, jeśli ktokolwiek o nich pamięta. Co jest definicją sukcesu w muzyce?

Sukces jest absolutnie personalną sprawą. Dla mnie osobiście największym sukcesem jest to, że robię muzykę i to sprawia, że jestem szczęśliwy. Dzięki temu mogę cieszyć się życiem. Nie czułbym się spełniony, gdyby doceniono coś, co nie daje mi radości ani żadnej zabawy. Ludzie często mówią mi, że odniosłem sukces i nie wiem, co mają na myśli, bo ja nie czuję się takim przysłowiowym człowiekiem sukcesu. Czuję się człowiekiem sukcesu tylko wtedy, kiedy widzę, że ludzie cieszą się, tak jak ja, kiedy tańczą, tak jak ja i biją na końcu brawa, co znaczy, że im się podobało.

Powiedziałeś, że Kiasmos to dwóch producentów, którzy próbują zrobić w muzyce coś nowego. Co nowego proponujecie? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe?  

Wiem o co ci chodzi, bo faktycznie nic teraz w muzyce nie jest nowe. Wszystko zostało już w jakiś sposób zrobione. Pozostaje nam burzenie tego, co już znamy i budowanie nowych kontekstów. Często mówimy, że zrobiliśmy coś nowego, ale mamy wewnętrzne poczucie, że nie jest to nic odkrywczego. Dlatego teraz głównym punktem wyjścia jest dla nas robienie muzyki, która będzie się różniła od tego, co już znamy. Zmienił się nasz gust muzyczny, nasz smak, cały czas słuchamy nowej muzyki, ciągle coś odkrywamy, ciągle podoba nam się coś innego i to wszystko powoduje, że zmienia się nasza muzyka. Ona nie będzie nowa dla wszystkich, ale będzie nowa dla nas samych.  I na przykład teraz, jesteśmy super wkręceni w hip-hop. Nie zdziwię się, jak nagle skręcimy w tę stronę.

Który z was będzie rapował?

Chyba jednak żaden… Ale zmiany można już wyczuć; inny swing, inne bity, to świadczy o tym, że nasze gusta bardzo szybko ulegają zmianie.

Co byś zrobił, gdyby jutro był koniec świata?

Obawiałbym się zadawać takie pytanie. Chyba strasznie bym się bał, więc pewnie nic konkretnego. Poszedłbym do jakiegoś „SKLEP” i kupił paczkę czipsów albo nawet cztery…

komentarze

comments

Polecamy