Dodatki / Relacje

Wszechobecne ciepło i muzyczna uczta. Relacja z Halfway Festival 2016

napisane przez Kinga Krasuska, 29 czerwca 2016
Foto: Cykady.com

Trzy dni Halfway Festival z każdym rokiem mijają w coraz szybszym tempie. Kiedy ostatnia piosenka niedzielnego koncertu dobiega końca, człowiek czuje się niemal osierocony, a powrót do codziennych spraw wydaje się być zupełnie niemożliwy. Uczestnicy festiwalu po raz kolejny zostali zahipnotyzowani.

24 czerwca, dzień pierwszy

Tradycyjnie już serię piątkowych występów rozpoczynał zespół z Białegostoku. Grupa Byen w swojej twórczości nawiązuje do skandynawskiego, melancholijnego rocka. Mimo to, że muzycy są dopiero na początku kariery i czeka ich jeszcze mnóstwo pracy, utwory między innymi takie jak „Reykjavik” czy „Odczuwalnie” na żywo brzmiały bardzo dobrze. Koncert zespołu Destroyer był niewątpliwie największym i najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem pierwszego dnia festiwalu. Kanadyjczycy pokazali, jak świetnie i profesjonalnie współpracują ze sobą na scenie. Muzyczny eklektyzm i duża ilość żywiołowych dźwięków stanowiły niejako opozycję dla charakterystycznego, jakby obojętnego  głosu wokalisty.  To nieoczywiste połączenie pozwoliło otrzymać  dawkę niezwykle wyszukanych brzmień, satysfakcjonującą nawet bardzo wymagających słuchaczy.

Brytyjczycy z Ilya zamykali pierwszy dzień Halfway Festival i jeśli ktokolwiek sądził, że zrobią to w nostalgicznym czy ponurym stylu, był w błędzie. Charyzmatyczna i ujmująca Joanna Swan w trakcie jednego występu potrafiła wzruszyć publiczność do łez, by za chwilę skutecznie porwać ją do tańca. Nic dziwnego, że już po wydaniu pierwszej płyty sam Marc Picken (menadżer Massive Attack) docenił ogrom możliwości muzyków, proponując im współpracę. Zespół, pomimo przerwy w koncertowaniu, wciąż czuje się ze sobą świetnie na scenie, a szalenie barwna osobowość i otwartość piosenkarki warunkują doskonały kontakt ze słuchaczami.

25 czerwca, dzień drugi

W sobotę jako pierwsza wystąpiła obiecująca  grupa Coldair z Warszawy, prezentując muzykę z pogranicza alternatywnego rocka i elektroniki. Tuż po niej na scenie pojawił się estoński zespół Odd Hugo. Tajemniczy folk w połączeniu z natężonym dźwiękiem gitar i rozpaczliwym głosem wokalisty był wyjątkowym wstępem do kolejnego koncertu, który okazał się jednym z najważniejszych tegorocznej edycji. Eivør Pálsdóttir swoim występem przeniosła słuchaczy w przejmująco piękny świat dalekiej Północy. Wokalistka w zachwycający sposób łączy tradycyjne, farerskie ballady ze współczesnym, alternatywnym brzmieniem. Mocna, przenikliwa barwa głosu, tak wyraźnie nawiązująca do starej, folkowej muzyki Wysp Owczych, niesie ze sobą pierwotne i jakby uniwersalne emocje, poruszając głęboko ukryte struny. Punktem kulminacyjnym był występ z orkiestrą Opery i Filharmonii Podlaskiej pod dyrekcją Kazimierza Dąbrowskiego, w trakcie którego słuchacze niejednokrotnie ocierali spływające po policzkach łzy. Trzy wspaniałe aranżacje Maxa Fedorova stanowiły doskonałe zwieńczenie pełnego wzruszeń koncertu.

Izraelski Acollective przywitał publiczność potężną porcją żywiołowych, pozytywnych dźwięków.  W swoich utworach członkowie zespołu odważnie urozmaicają indie folk, który jest niewątpliwie fundamentem ich twórczości. Szalone improwizacje nawiązujące do popu, jazzu czy nawet muzyki klezmerskiej szybko sprowokowały słuchaczy do wstania z miejsc, by w tanecznym nastroju oczekiwać jednego z najwspanialszych koncertów piątej edycji festiwalu. Ane Brun została gorąco przywitana przez rozentuzjazmowane audytorium. W pełnym skupieniu rozpoczęła występ od kapitalnego utworu „Hanging”, którego refren można powtarzać za artystką niczym mantrę. Widząc ekstatyczną wręcz reakcję widowni, z każdą kolejną piosenką na jej twarzy pojawiał się coraz cieplejszy uśmiech. Wokalistka zaprezentowała materiał z fenomenalnej płyty „When I’m Free”, dzięki której wkroczyła na kolejny stopień swojej muzycznej kariery. Świetne aranżacje, genialna sekcja basowa, ogromne umiejętności całego zespołu w połączeniu z rozedrganym, pełnym pasji głosem Ane Brun zaowocowały niezwykle wyrafinowanym i ambitnym albumem, który na żywo stanowił prawdziwą strawę dla ducha wszystkich wymagających melomanów. Artystka schodziła ze sceny pełna wzruszenia i niedowierzania w tak życzliwe przyjęcie i nadzwyczajny odbiór jej muzyki przez publiczność. Jak zawsze nie obyło się bez bisu, którym Norweżka usatysfakcjonowała wszystkich fanów jej starszych albumów, utrzymanych w klimacie sentymentalnego folku. Akustyczne brzmienia były idealnym zakończeniem drugiego dnia Halfway Festival.

26 czerwca, dzień trzeci

Białoruski zespół Intelligency zaskoczył niejednego entuzjastę elektronicznych brzmień. Lawirując pomiędzy stylistykami Darkside, The xx czy The Acid, mimo wszystko kreuje swój indywidualny, muzyczny świat. Połączenie mrocznego basu z nurtu dark electro z dźwiękiem gitary elektrycznej pozwala stworzyć bardzo taneczny rytm, jednocześnie niepozbawiony melancholii. Giant Sand był z kolei znacznym przeskokiem w krainę rdzennej muzyki country, rock i americana. Słuchacze pokochali urzekającego frontmana zespołu od pierwszych chwil koncertu i nie trzeba było długo czekać, żeby świetne umiejętności muzyków porwały publiczność do tańca. Prosto z amerykańskiej ziemi, grupa MAMMÚT przeniosła wszystkich w mroczną przestrzeń Islandii. Mocne, rockowe brzmienia przenikały się z przeszywającym głosem wokalistki. Niepokojąca atmosfera zdominowała cały koncert, pozostawiając bez tchu i zapadając w pamięć na długo. Rozemocjonowana widownia bezwarunkowo pozwoliła prowadzić się Julii Marcell, która po raz kolejny udowodniła, że fantastycznie czuje się na scenie i jest gotowa na zagraniczną karierę. Jej umiejętności nierzadko przypominały znakomity Warpaint, a pełen ciepła kontakt z publicznością oraz wspólne śpiewanie piosenek, jeszcze bardziej spoiły wszystkich obecnych na festiwalu. Dodatkowo, wokalistka pokazała, że materiał z ostatniego krążka „Proxy”, pomimo różnych opinii, brzmi świetnie na żywo.

Na występ amerykańskiej grupy Wilco czekała większość słuchaczy. Wszak przez wielu recenzentów została okrzyknięta najlepszym, koncertowym zespołem świata. Ciężarówka sprzętu oraz kilkanaście osób z obsługi, które pojawiły się wraz z artystami, od razu pozwoliły przypuszczać, że w niedzielny wieczór wydarzy się coś niebywałego. Muzycy pewnie wkroczyli na scenę i z impetem rozpoczęli to historyczne wydarzenie. Koncert zainicjował utwór „More…” z ostatniej płyty „Star Wars”. Nie zabrakło materiału ze starszych albumów, między innymi świetnego „The Whole Love”. Każda piosenka nagradzana była gromkimi brawami, okrzykami, piskiem i zbiorową euforią. Artyści potęgowali uniesienie publiczności rozbudowanymi partiami solowymi, zmieniając gitary prawie po każdej piosence.  Swoje nadzwyczajne umiejętności i zaangażowanie pokazał wielokrotnie perkusista, Glenn Kotche, który szalonymi improwizacjami wprowadzał do utworów mnóstwo zaskakujących elementów. Zespół szybko odczuł entuzjazm słuchaczy i po krótkim czasie wszyscy muzycy nie potrafili ukryć szczerego uśmiechu. Za tak fenomenalne przyjęcie odwdzięczyli się przepięknym bisem, który zawierał pięć utworów w akustycznych aranżacjach. Sam koncert trwał około dwie godziny i stanowił najlepsze zwieńczenie piątej, jubileuszowej edycji festiwalu.

Mogłoby się wydawać, że istotą wyjątkowości Halfway Festival jest wyłącznie obecność świetnych, wyszukanych zespołów, które w większości nigdy wcześniej nie koncertowały w Polsce. Nic bardziej mylnego. Siłę tej imprezy determinuje jej wciąż niezmienna idea „blisko ludzi, blisko muzyki”. Spotkania okołofestiwalowe, dyskusje, wystawy mnożą okazje do rozmów. Niezwykły nastrój zachęca do odprężenia, zwolnienia biegu, odcięcia się od spraw codziennych i po prostu bycia razem. Uczestnicy od razu dostrzegają, że to wydarzenie jest wynikiem ogromu pasji, zaangażowania i wrażliwości grupy niebywale ciepłych ludzi, co buduje atmosferę wszechobecnego zaufania i życzliwości. To jeden z niewielu festiwali, na którym publiczność faktycznie może wpływać na jego przebieg i mieć poczucie, że jej opinia jest ważna. To możliwość znalezienia się w kameralnym gronie i doświadczenia rewelacyjnej jakości dźwięków za sprawą akustyki amfiteatru Opery i Filharmonii Podlaskiej. To w końcu wizytówka Białegostoku, która zdecydowanie zmienia wypaczony wizerunek tego miasta w kraju. Na lepsze.

Foto: Cykady

 

komentarze

comments

Polecamy