Dodatki / Relacje

„Wiesz coś z tej muzyki? Bo ja nie” – o pięciu wyjątkowych koncertach OFF Festivalu 2017

napisane przez Alicja Widera, 14 sierpnia 2017

Powyższą frazę usłyszałam ostatniego dnia festiwalu, pędząc na autobus podczas wieńczącego wydarzenie koncertu Swans i mimo iż komentator był najwyraźniej bardzo zagubiony w natężeniu i dynamice utworów zespołu Giry, uznałam, że to niemały komplement, którym można by podsumować całą tegoroczną edycję OFF Festivalu. Zapewne już część z Was przeczytała chociażby garść faktów i opinii dziennikarzy muzycznych i wie na przykład, że Feist miała sukienkę w kolorze fuksji, SIKSA zdarte gardło i kolano, Artur Rojek mały problem z synchronizacją obrazu podczas wykonywania finalnie genialnej „Industrial Symphony No. 1″, a frontman Batushki witał przybyłych kadzidłem. Trzy dni pełne muzyki dobiegającej z czterech scen, filmów wyświetlanych w kinie Legalnej Kultury i potrzebnych rozmów oraz słuchowisk w Kawiarni Literackiej przysporzyły odbiorcom w porównaniu do poprzedniej edycji o wiele więcej pozytywnych niespodzianek i zauroczeń. Poniżej znajdziecie pięć wyjątkowych i zaskakujących występów, które skradły nam serca.

Bitamina

Mimo że festiwal dopiero się rozkręcał, a piątkowe południe nie pożałowało skwaru, grupa zebrała całkiem pokaźny tłumek pod Sceną Miasta Muzyki. Nie spodziewałam się po zespole takiego luzu i pozytywnej energii, a tymczasem artyści idealnie wprowadzili w festiwalową atmosferę. Bitamina na czele z wokalistą Mateuszem Dopieralskim i urokliwym deklamatorem Piotrem Sibińskim zaprezentowała najciekawsze kawałki z ostatniej płyty „Kawalerka”, między innymi „Pornosy”, „Kawalerka na sprzedaż”, „Pytanie do niej”, „Lustro i golenie trwa” oraz (jakże go mogło zabraknąć?) „Dom” – materiał zarówno do pobujania się, jak i wzruszenia. Zaskoczyli swoimi lekkimi, płynącymi aranżacjami, bystrymi tekstami i skromnością.

Made in Poland
To już właściwie tradycja, że na OFFie swój powrót mają legendy. Made in Poland jest jednym z tych niezasłużenie zapomnianych grup, które przy większej dozie szczęścia mogłyby całkowicie odmienić polską muzykę alternatywną. Przedstawiciele zimnej fali zaprezentowali album „Martwy kabaret”, posępny, nihilistyczny, lecz mimo że zarysowany w latach 80-tych – idealnie pasujący do naszych czasów. Biorąc pod uwagę fakt, że z prawdziwego trzonu Made in Poland zostało tylko dwóch muzyków – Artur Hajdasz oraz Piotr Pawłowski – skład koncertowy nie rozczarowuje. Wokalista, stojący na podwyższonej ambonie, wprowadzał w iście orwellowski nastrój, a rozpoczynająca cały występ niepokojąca kompozycja „To tylko kobieta” zadziałała jak magnes dla odbiorców stojących niezdecydowanie między Sceną Leśną a Sceną Trójki.

Ralph Kaminski
I tym razem polska scena muzyczna nie rozczarowała. Ralph Kamiński zaprezentował się publiczności drugiego dnia, wykonując materiał z debiutanckiego albumu „Morze”. Przed koncertem miałam pewne obawy, czy kompozycje nie są przypadkiem nazbyt kameralne dla festiwalowej, dużej sceny, a i popołudniowa pora mogłaby zabrać im cały nastrój. Nic bardziej mylnego. Artysta razem ze swoim zespołem wprowadzili w lekko melancholijną, bujającą atmosferę, a do faworytów występu należą bezsprzecznie „Mój hymn o Warszawie” oraz „Meybick song”, które na żywo jeszcze intensywniej brzmią jak kawałki z musicalu. Ralph przykuwał uwagę swoją nienachalną charyzmą, szczerością i delikatnością w taki sposób, że nie mogłam się powstrzymać od śpiewania pod nosem razem z nim.

Shellac
Panowie, o których można byłoby raczej rzec, że ich najlepszą atrakcją dnia jest oglądanie programów telewizyjnych i łowienie ryb w najbliższym jeziorze, wyszli na scenę i tak po prostu rozpoczęli noise rockową, przygniatającą brzmieniem zabawę. Przyznam się, że poszłam na ten występ całkiem w ciemno, kojarząc tylko „Prayer to God” i „Riding Bikes”, a i tak najbardziej intrygował i pchał w tłum publiczności fakt, że Steve Albini, frontman grupy, to ten sam Albini, który został muzycznym aniołem stróżem ostatniej płyty Nirvany (już po pierwszych dziesięciu minutach wyjaśnia się dlaczego „In Utero” jest tak surowe) czy jeszcze mocno zadziornie rockowej PJ Harvey. Lecz nim wszystkie laury genialnego piątkowego koncertu przypiszemy charyzmie i filozoficznie-sarkastycznemu poczuciu humoru Steve’a, należy przede wszystkim zwrócić uwagę na perkusyjnego zegarmistrza – Todda Trainera. Zmienne metrum, precyzyjny rytm, podczas którego zbędne odbicia zostawały szybko wyciszane w stosunku do równoległych zgrzytów i sprzężeń gitary, przeszły na pierwszy plan, stawiając wyżej sekcję bębniarską od partii Albiniego i Westona. Pierwszym kawałkiem okazał się „My Black Ass” z albumu „At Action Park”, ze sceny zabrzmiały również „Squirrel Song”, „Ghosts”, pomiędzy którymi muzycy nie zrezygnowali z docinków skierowanych w stronę ikon klasycznego, starego rocka i wieńczące koncert „The End of Radio”.

PJ Harvey
Zdaję sobie sprawę, że nazwisko Polly Jean było najgorętszym zapewne nazwiskiem na plakacie tegorocznej edycji i to ono głównie przyciągnęło nowych festiwalowiczów do Doliny Trzech Stawów (wnioskując po wykupionej puli sobotnich karnetów), mimo tego nie potrafię nie docenić koncertowego majstersztyku w jej wykonaniu. Openerowskim odbiorcom mógł wydawać się wtórny, ponieważ Brytyjka dalej prowadzi występ w stylu maszerującej (górniczej niemalże) orkiestry i nadal nie jest zbyt wylewna w stosunku do publiczności. Jednak tym razem zaskoczyła, wykonując nie tylko materiał z „The Hope Six Demolition Project” czy „Let England Shake”, lecz ozdabiając show takimi perełkami jak „Dear Darkness”, „50ft Queenie”, czy „Down By the Water” i „To Bring You My Love”.

komentarze

comments

Polecamy