Relacje

Postaw na nietypowe – relacja z Rock for People 2017

napisane przez Alicja Widera, 21 lipca 2017
Foto: Materiały Prasowe

Tym razem organizatorzy Rock for People przyjmowali przyjezdnych już od niedzieli, dwa dni od planowanego startu festiwalu. Przyznam szczerze, że całkiem rozsądnie było wybrać się do Hradec Kralove wcześniej, bo po zeszłorocznym autobusowym tłumie czy kolejkach w sklepach spożywczych, nic nie było tak przyjemne, jak dostać się na niemalże puste pole namiotowe.
Teren festiwalu uległ zmianie: pojawili się nowi/starzy sponsorzy, m.in. KB, które przejęło Staropramen Stage oraz załoga Jack Daniel’s – niegdyś mająca tylko małe przystanki, tego roku stworzyła country miasteczko, połączone ze sceną oznaczoną firmowym logo. Natomiast w miejscu Hard Rock Cafe Stage zorganizowano kino oferujące czeskie filmy przygodowe (przynajmniej tylko na takie trafiałam), a parę kroków bliżej imprezowego blaszaka stała surowa Motorola Stage, pojemna, acz nie do końca przyjemna akustycznie.

Wtorkowy maraton koncertowy zaczął się dosyć nieśmiało od południowego występu dreampopowego duetu teepee pod dachem Muzikus Stage. Tereza Lavičkova i Miroslav Patočka zaprezentowali dziewięć delikatnych kawałków, z czego największą aprobatę odbiorców i drżenie drewnianej podłogi zyskali przy „Albatross”, „All I Want” i „Mirror”. Byli jednym z nielicznych spokojniejszych zespołów obsadzonych w line-upie festiwalu, tym bardziej szkoda, że nie zaprezentowali się szerszemu gronu odbiorców. Kompletną zmianą atmosfery był występ manchesterskiego tria Shoshin, łączącego dub z ciężkim, gitarowym graniem. Na szczególną uwagę zasługuje obsada perkusyjna w postaci Sophie Labrey oraz niesłabnący z piosenki na piosenkę entuzjazm wokalisty Pete’a Haley’a. Ze sceny wybrzmiały szalone „Professional Attacks”, „Stress Me Out” czy „Thanks But No Thanks”. Koncert był preludium do wejścia na główną scenę festiwalu hardcore’owego Comeback Kid (tak, ja też byłam zdziwiona, że to nie grupa You Me At Six, jak głosił line-upowy kajecik). W prażącym słońcu Andrew Neufeld  miał jednak więcej werwy niż jego słuchacze, chowający się pod każdym możliwym drzewem. Kolejne prezentujące się grupy: The Amazons i Moose Blood nie zainteresowały niczym szczególnym. Pierwsza grupa podtrzymywała jeden, dosyć radiowy poziom, druga natomiast wprawdzie przyciągnęła więcej słuchaczy, lecz poza chwytliwymi „Honey” czy „Gum” niewiele po sobie zostawiła.
Dopiero amerykański zespół Cage the Elephant przekroczył najśmielsze oczekiwania. Muzycy wykonali najpopularniejsze kawałki z ostatniej płyty „Tell Me I’m Pretty” oraz obowiązkowe „Come a Little Closer” i „In One Ear” (które notabene było wiernie wyrapowane przez fanów). Matt Shultz przykuwał uwagę swoimi „jaggerowymi”, chwilami bezwiednymi ruchami, aby na zwieńczenie występu skoczyć w tłum i wyrzucić w eter wytartą o spoconą klatkę piersiową setlistę.
Na najbardziej wyczekiwany przeze mnie podczas tegorocznej edycji koncert czekałam przy barierkach już godzinę przed. I być może to skończenie głupie, ale dzielnie trzymałam się rękami i nogami, aby to miejsce nie przepadło, więc mogę tylko zgadywać po obrazie z kamer jaka była frekwencja. Kilkanaście minut przed planowanym rozpoczęciem występu, uspokojono lekko podkład muzyczny, który po jakimś czasie zamienił się w puls, zagęszczający atmosferę i po chwili całkowicie ją rozluźniający. Gdy psychodeliczne, wytrącone ze starych filmów wizualizacje dobiegły końca, na ekranach wyświetlił się napis „Play” i cała ZEF machina ruszyła. Począwszy od DJ Hi-Teka (idealnym rozwiązaniem było ułożenie jego panelu na „szczycie” sceny), Die Antwoord wtargnęli na scenę dając performance, którego nie umiałam wyrzucić z głowy przez kolejne dni festiwalu. Serwując fanom największe hity: „Cookie Thumper”, „Banana Brain”, „I Fink You Freeky” czy „Fatty Boom Boom”, jednocześnie Yo-Landi i Ninja nie popadali w schematy i bawili się zarówno kontekstami, jak i materiałem muzycznym. Nie obyło się bez namiętnego zmieniania czy pozbywania się na scenie garderoby, docinków między artystami i zaczepnych zwrotów do publiczności. Nad całością scenicznej opowieści pieczę sprawowały także dwie anonimowe tancerki, wyżywające się ruchowo. Dopiero przy końcowych piosenkach tempo nieco zelżało, aż duet nie wyśpiewał wzruszającego „I Don’t Care”, co w ich ustach brzmiało niemalże dziwnie i przerażająco delikatnie. Ostatnią kompozycją był utwór „Enter the Ninja”, który, wykonany wraz z publicznością, dodatkowo podkreślił występ grupy z RPA żółto-pomarańczowym konfetti migoczącym w świetle reflektorów.

Środa natomiast była lekkim oddechem po wcześniejszych szaleństwach. Owszem, w szeregach line-upu widniały niezmiennie ciężkie, hardcore’owe brzmienia jak Deez Nuts czy Mastodon, jednak tym razem postawiłam na zwiedzanie obiektu i wybieranie raczej przypadkowych koncertów. Tym tropem trafiłam na rockowego Gasmaca Gilmore’a, który nagle całkiem przyjemny cover „Somewhere Over the Rainbow” zamienił w energiczne „Pitchblack”, legendarną w Czechach grupę Vypsaná fiXa, grającą na tamtejszym rynku już dwadzieścia trzy lata czy niespotykany duet WWW & Pavel Fajt bawiący się zarówno rytmem, jak i słowem. Na dłużej jednak zatrzymałam się przy charyzmatycznych chłopakach z zespołu Spring King, którzy całkiem na luzie przedstawili publiczności materiał z debiutanckiego albumu „Tell Me If You Like To” na czele z takimi kawałkami jak „Detroit”, „Demons” czy „Let’s Ride”. Kolejnym przystankiem był Nouvelle Prague Hangar i nieco opóźniony występ pianistki Viktoriyi Yermolyevy, nazwany enigmatycznie „Vika Goes Wild”. Artystka grała na przemian covery rockowych piosenek, jak i własne instrumentalne kompozycje, niestety posiadające bardzo podobny do siebie schemat harmoniczny. Lecz było to idealne przejście do niepokornych Slaves, dających jeden z najlepszych koncertów tego dnia. Anglicy przeplatali między punkowymi kawałkami krótkie, barowe historie, dzięki czemu panował charakter raczej pogawędki, niż surowego, agresywnego występu, którego się po nich spodziewałam. Był ogień, lecz udomowiony.
W przypadku występu przedostatniego headlinera festiwalu jakim był zespół Paramore, ciekawość przegrała z warunkami atmosferycznymi. Grupa zaczęła mocno kawałkiem „Told You So”, zaskarbiając sobie tym odbiorców, nawet tych podziwiających ją z odległości. Jednak po „That’s What You Get” nieoczekiwanie nadeszła burza i zmusiła mnie do szukania dachu nad głową oraz ratowania namiotowego dobytku.

Pierwszym zdziwieniem ostatniego dnia Rock for People był popołudniowy koncert warszawskiej, country-folkowej grupy Paula & Karol. Jak ma się polska stolica do amerykańskiej prerii? Nie mam pojęcia, lecz artyści całkiem prosto wprowadzili słuchaczy do nowej, muzycznej okolicy, skromnej, aczkolwiek niezwykle uroczej. Zaprezentowali materiał zarówno z „Whole Again” i „Heartwash”, jak i najnowszej płyty nazwanej „Our Town”. Poza tym, przyjemnie było usłyszeć ze sceny polski język. Kolejnym zaskoczeniem okazało się rockowe trio Odd Couple, występujące na malutkiej scenie pod szyldem Jacka Danielsa. Mężczyźni wyglądali jakby odnaleźli wehikuł czasu do lat 70-tych, a co się jeszcze bardziej chwali – podobnie brzmieli. Mimo upału i wczesnej pory przyciągnęli pod scenę publiczność, aby ugościć ją lekko psychodelicznymi, surowymi dźwiękami. Muzycy, chcąc wykorzystać festiwal jak najlepiej, najpierw zrobili kiermasz swoich brandowanych fantów (wśród których można było kupić także winyle), a potem ruszyli anonimowo w festiwalowy tłum, by z piwem w ręku słuchać kolegów po fachu.
Joe Haege natomiast do psychodelii po Odd Couple dodał jeszcze ogromną szczyptę niepokoju. Projekt White Wine nie wydaje się materiałem bardzo przystępnym dla słuchacza, a występ Amerykanów na pewno wprawił w konsternację niejednego widza. Artyści zamknęli się w swoim świecie, wykonując kompozycje z płyty „Who Cares What the Laser Says?”. Wokalista co jakiś czas zeskakiwał ze sceny, wchodził między publiczność, opierając się czołem o ramiona przypadkowych osób czy ścianę, aż wreszcie klękał na środku Motorola Stage, nie przerywając wykonania kompozycji i tak pozostawał nieruchomo aż do jej końca. Występom zarówno Three Days Grace jak i Foster the People zabrakło tej przyciągającej iskry, przez co zaprezentowali się przeciętnie i dopiero niemiecka grupa Kraftklub rozruszała odbiorców. Mimo że artyści bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, że niewiele osób rozumie teksty piosenek, a sami nie do końca odnajdywali się w mówieniu po angielsku (co i tak wychodziło im całkiem nieźle), finalnie zorganizowali taką imprezę, że w ciągu ostatnich utworów już znaczna większość śpiewała i skakała z nimi. Kolejnym wyczekiwanym przeze mnie występem był koncert grupy Thurstona Moore, założyciela legendarnego zespołu Sonic Youth. Muzyk zaprezentował utwory ze swoich solowych dokonań, między innymi „Cease Fire”, „Turn On”, „Smoke of Dreams” czy „Aphrodite”. Niewiele mówił, a transowy klimat wprowadzał słuchacza w inną, synkretyczną przestrzeń. Nietrudno się dziwić, że jako jedyny w ciągu tych trzech dni przedłużył swój koncert o dobre kilkanaście minut.

Każdy festiwal powinien przede wszystkim zaskakiwać. Ta edycja w zupełności spełniła to zadanie, prezentując publiczności zarówno mroczne, solidne i ciężkie brzmienie, radiowe przeboje, jak i alternatywne, nie do końca przystępne projekty. Tym razem to jednak nie headlinerom oddałam pierwsze miejsce w festiwalowym rankingu, ale panującej na Rock for People atmosferze i zaskakującym, oryginalnym twórcom i scenicznym kreacjom.

komentarze

comments

Polecamy