Recenzje

Witamy z powrotem! – recenzja albumu „Crack-Up” Fleet Foxes

napisane przez Zuzanna Zaręba, 29 czerwca 2017

Niski śpiew i jakby mruczący pod nosem Robin Pecknold. Po chwili już dołącza szaleńczy galop gitar i idealnie zgrane męskie głosy. A później dużo się dzieje, jak w starogreckiej tragedii – dialog postaci i chóru. Tak zaczyna się otwierający płytę, doskonały numer „I Am All That I Need/Arroyo Seco/Thumbprint Scar”. Po 6 latach Fleet Foxes w końcu powracają, by znów czarować nas folkowymi melodiami i niepowtarzalnymi harmoniami. A mogło nie być wcale tak miło. Wszak Robin zwątpił…

Długi urlop w towarzystwie Fitzgeralda

Po doskonałej drugiej płycie „Helplessness Blues” wydanej w 2011 roku i towarzyszącej jej trasie zespół postanowił zrobić sobie przerwę. W tym czasie załogę na dobre opuścił perkusista Josh Tillman, który rozpoczął błyskotliwą karierę solową jako Father John Misty. Zaś frontmana Robina Pecknolda dopadło zmęczenie materiału. Postanowił odpocząć od muzyki i powrócił do studiowania literatury na Columbia University. Jedną z postaci, która ponoć pomogła mu pokonać blokadę twórczą był pisarz Francis Scott Fitzgerald, który borykał się z podobnymi problemami. Opisał je w trzyczęściowym eseju „The Crack-Up” z 1936 roku. Stąd właśnie wzięła się nazwa trzeciej płyty Amerykanów.

Samotna wędrówka

„Crack-Up” nie jest zestawem prostych folkowych piosenek. Zarówno w warstwie muzycznej, jak tekstowej to bodaj najlepsza i najambitniejsza płyta w dorobku zespołu. Melancholijna i dość ponura w wymowie. Pecknold zawsze jawił się jako niezwykle utalentowany songwriter. Tym razem społeczne obserwacje zastąpiły osobiste refleksje. Ze swojej podróży przywiózł bowiem więcej pytań niż odpowiedzi. Już pierwszy utwór jest opowieścią o walce z samym sobą i wewnętrznych rozterkach, konieczności przewartościowania swojego życia. Podobne w wymowie są również „Mearcstapa”, „Fool’s Errand” i tytułowe „Crack-Up.” Z kolei singlowy „Third of May/Ōdaigahara” opowiada losach jego przyjaźni z Skylerem Skjelsetem (który 3 maja świętuje urodziny). W tekstach pojawia się wiele odniesień do dzieł kultury m.in. do greckiej mitologii, historii starożytnego Rzymu czy epickiego poematu „Beowulf”. Teksty są erudycyjne (zapowiadają to zresztą już tytuły) i na tyle enigmatyczne, że skołowanym fanom musiał przyjść z pomocą sam autor. Na portalu Genius.com Pecknold opatrzył swoim komentarzem niemal każdy utwór, odniósł się również do krytycznej recenzji dziennikarza portalu Stereogum.

Niby znajome, ale jednak odmienione brzmienie

Głębia i refleksyjność cechują nie tylko warstwę tekstową „Crack-Up”. Fleet Foxes wciąż brzmi jak Fleet Foxes. Znajdziemy na płycie to duchowe pokrewieństwo z Beach Boys i Simon & Garfunkel. Zespół  wciąż trzyma się swoich znaków rozpoznawczych  ̶  harmonii śpiewów unisono i wybuchających dynamicznych gitar. Sięga jednak po wiele nowych środków wyrazu, co w efekcie daje niezwykłe bogactwo brzmienia. Przede wszystkim słychać większy udział partii orkiestralnych i smyczkowych (pięknie rozbrzmiewają szczególnie w „I should see Memphis”). Muzycy odważnie sięgają po elektronikę, łącząc ją z wpływami muzyki Bliskiego Wschodu i jazzową sekcją dętą („Cassius, -”). Innym razem folkowe gitary spotykają się z fortepianem, przywodzącym na myśl dokonania minimalistów od Philipa Glassa („Kept Woman”, jeden z najlepszych utworów na płycie). To muzyczna podróż z częstymi zmianami tempa, a każdą z piosenek dodatkowo wieńczy wisienka na torcie – fortepianowa etiuda, solo na trąbce albo… sampel innego bardzo znanego utworu Fleet Foxes. I wszystko dzieje się naraz, pięciu muzyków gra, w tym czterech dodatkowo śpiewa. Zdolne bestie!

Warto było czekać

Wielu recenzentów kusi porównywanie tej płyty z ostatnim albumem ex-perkusisty zespołu. Istotnie „Crack-Up” i „Pure Comedy” Father John Misty sporo może łączyć, ale ja nie zamierzam brnąć w te rejony. Trzeciej płycie Fleet Foxes można kilka rzeczy zarzucić. Odsłuch czasem psują miejscowe dłużyzny, czasem Pecknold zakopie się za bardzo w swoich literackich tropach. Ale ja wciąż im wierzę, jest w tej muzyce pasja i głębia, a Tillmana niestety powoli zdradza nużące pajacowanie i pociąg do publicystyki. „Crack-Up” to doskonała, dojrzała płyta. Wymaga jednak cierpliwości, która, zapewniam, zostaje wynagrodzona. Warto było na nią czekać.

8/10

 

komentarze

comments

Polecamy