Dodatki / Recenzje

Utkana z promieni islandzkiego słońca nowa płyta Sóley

napisane przez Anna Łanik, 11 maja 2017

Sóley Stefánsdóttir wróciła ze swoim trzecim solowym krążkiem zatytułowanym „Endless Summer”, który ukazał się nakładem wytwórni Morr Music. Myślę, że nie przypadkiem premiera tego wydawnictwa miała miejsce na początku maja – a dokładnie 5 maja 2017 roku – gdyż mniej więcej właśnie wtedy Islandię zaczynają opuszczać niskie temperatury i zaczyna się wiosna.

Przy płycie, która powstała w ciągu zaledwie jednego roku, pomagał wieloletni przyjaciel oraz współpracownik Sóley – Albert Finnbogason. Na „Endless Summer” znalazło się miejsce na 8 nowych kompozycji. W jednym z wywiadów Sóley przyznała się, że pomysł na płytę narodził się podczas którejś długiej, styczniowej nocy, gdy artystka przebudziła się nagle i napisała do siebie notatkę, aby napisać o nadziei i o wiośnie. Na następny dzień przemalowała ściany na żółto i fioletowo, kupiła pianino i zaczęła komponować.

Myślę, że jest to pierwsza tak dojrzała płyta Sóley, w której możemy usłyszeć w pełni jej ogromny talent, a ukończenie studiów na Icelandic Art Academy w zakresie pianina, gitary i kompozycji – na pewno bardzo jej w tym pomogło. Gdy przypomnę sobie jej debiut solowy w 2011 roku i singiel, który podbił moje serce – „Pretty Face” – oraz całą jej pierwszą płytę, która w niezwykle nowatorski sposób łączyła w sobie pop oraz elektronikę, a wszystko to w otulinie baśniowego wokalu Sóley, to aż mi się przysłowiowa łezka w oku kręci. Słuchając po raz pierwszy „Endless Summer” od razu również nasunął mi się kontrast pomiędzy poprzednim albumem pod tytułem „Ask the Deep” – również wydanym w maju, lecz 2015 roku – a obecnym.

Podczas gdy poprzedni krążek ze swoim mrocznym, onirycznym brzmieniem i mocno poetyckimi tekstami możemy przewrotnie przyrównać do niebiańskiego piekła, tak obecny album, który urzeka swoim ciepłym brzmieniem, to zdecydowanie słońce, niebo i obłoki.

Pierwszym singlem z nowej płyty został utwór „Never Cry Moon”, w którym poza partiami fortepianu w rytmie 3/4, możemy usłyszeć także wiolonczelę, trąbkę oraz klarnet. Jest to jedna z dwóch piosenek – drugą jest utwór „Grow” – przy słuchaniu których powstaje wrażenie, że choć pierwsze wiosenne promienie słońca pieszczą nas już swoim nieśmiałym ciepłem, to jednak na plecach wciąż czuć tchnienie zimy. „We grow and then we die” śpiewa dziewczęcym wokalem Sóley w utworze „Grow” – co dowodzi, że artystka nie wyzbyła się całkiem ze swojej twórczości okruchów nostalgii, a jedynie okrywa ją przejmującymi akordami granymi na fortepianie i melodyjnym chórkiem.

Kolejnym utworem obok którego nie można przejść obojętnie jest piosenka „Traveler”, która sama w sobie stanowi wyższą szkołę wrażliwości. Elektryczne organy, syntezatory oraz przepiękne harmonie, którym towarzyszy subtelny wokal Sóley, przenosi nas do świata tęsknoty i nie dających się jednoznacznie zdefiniować emocji. Feeria zawartych w tej piosence mieniących się barw jest unikalna i zdumiewająca. Jest to mój ulubiony track na tej płycie.
Z kolei utwór „Before Falling” zachwyca głębią i mnie osobiście przywodzi na myśl morską toń. Za to piosenką, która najbardziej mnie wzruszyła jest “Úa”, a jej tytuł to jednocześnie imię 3-letniej córeczki Sóley. Jest to rozmarzona i nieco zwariowana, przesiąknięta słońcem, nadzieją oraz miłością opowieść przywołująca beztroskę lat dziecięcych.
Najdłuższą piosenką na płycie, która trwa prawie 7 minut, jest tytułowa „Endless Summer”. Sóley śpiewa:

Did you see the sun come up?
You can find me in the flowers
You can find yourself some peace.

Nie sposób nie skojarzyć tego utworu z „Sun is Going Down” oraz „Sun is Going Down II” ze wspomnianej uprzednio pierwszej płyty Sóley pod tytułem „We sink”.

Na „Endless Summer” Sóley pielęgnuje i przedstawia nam swoje wewnętrzne dziecko. Wyraziste partie fortepianowe, elementy małej orkiestry z dodatkiem syntezatorów, uszlachetnione uroczym wokalem Sóley sprawiają, że wierni fani multiinstrumentalistki na pewno nie będą rozczarowani. Cechą, która charakteryzuje ten album jest również jego spójność. Jest to kompletne dzieło – hymn odrodzenia się światła po długiej i mroźnej zimie.

Sóley Stefánsdóttir powinna być jednym z trzech skarbów narodowych Islandii, zaraz po wybitnych artystach takich jak Björk oraz Sigur Rós. Są takie płyty, w których świat chciałoby się wniknąć i choć przez chwilę zapomnieć, że się jest – i to jest zdecydowanie jedna z takich płyt.

Zachęcam Was do odsłuchu piosenki „Traveler” – będziecie zachwyceni!

Ocena: 8/10

komentarze

comments

Polecamy