Dodatki / Recenzje

Świat okiem ironisty, czyli recenzja „Pure Comedy” Father John Misty

napisane przez Zuzanna Zaręba, 15 kwietnia 2017
fot. materiały prasowe

Ekscentryczny muzyk folkowy udaje wczesnego Eltona Johna i pisze album o kondycji współczesnego człowieka. Można pomyśleć – niezła komedia. Ale nowa płyta Father John Misty raczej nie jest zabawna. Bywa błyskotliwa i ekscytująca. Bywa też niestety przegadana i nużąca.

Multiinstrumentalista Josh Tillman zaczynał jako (wiecznie niezadowolony) perkusista Fleet Foxes, by kilka lat później rozwinąć błyskotliwą karierę solową pod pseudonimem Father John Misty. Jego druga płyta „I Love You, Honeybear” bez wątpienia była jednym z najlepszych albumów 2015 roku. Po tym sukcesie nie dawał o sobie zapomnieć, m.in. napisał utwory dla Lady Gagi i Beyonce, nagrał wspólny teledysk z Laną Del Rey, beztrosko trollował w social media, zgolił brodę. I w końcu 7 kwietnia tego roku światło dzienne ujrzał jego trzeci krążek „Pure Comedy”. Rzecz z założenia bardzo epicka.

Na nowej płycie znajdziemy te same środki wyrazu, znaki firmowe artysty. Połączenie majestatyczności i ironii. Błyskotliwe teksty, nostalgiczne brzmienie nawiązujące do klasyków z lat 70., melodyjny wokal i bogate instrumentarium. Nie ma wątpliwości, że Tillman jest utalentowanym tekściarzem i potrafi tworzyć naprawdę dobre piosenki. Przy okazji jest też nadętym i irytującym hipsterem, i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Mnie osobiście jego sceniczna osobowość bawi i intryguje. Na „I Love You, Honeybear” snuł ironiczne opowieści o miłości i odnajdywaniu się w relacjach damsko-męskich.

Na „Pure Comedy” słychać większy rozmach i ambicje. Przenosimy się na Broadway, migają gdzieś motywy muzyczne z amerykańskich programów rozrywkowych, a Tillman czaruje na pianinie, jakby był młodszym bratem Eltona Johna. I śpiewa o – sobie, ale też polityce, kapitalizmie, religii, narcyzmie, uzależnieniu od internetu i… Taylor Swift. Wyśpiewuje peany o wszystkich bolączkach współczesnego człowieka. Podobno pisane w większości na trzeźwo.

Płytę otwiera tytułowa piosenka. Mocny wstęp, który wprowadza w klimat albumu. Mroczna, posępna ballada z wyraźnie politycznym zabarwieniem, którą jednocześnie można potraktować jako gorzką opowieść o nas, swoistej komedii ludzkiej (jak u Balzaka). Potem od razu rzuca wersem o seksie z Taylor Swift przez gogle virtual reality w „Total Entertainment Forever”. Artysta zaprzeczał, że chodziło o tani rozgłos (skądże), bardziej o metaforę, która pokazuje, do czego prowadzi nas wolność, jaką dają technologie i jak to się może skończyć. No i nic nie rymowało mu się z Oculus Rift. Dalej są mroki kapitalizmu przy akompaniamencie bogatych chórków i sekcji dętej („Things That Would Have Been Helpful To Know Before The Revolution”). Mocny (ale orzeźwiający) lewy sierpowy dostaniemy w „Ballad of the Dying Man”, który wyróżnia błyskotliwy tekst o uzależnieniu od internetu: jak to w obliczu śmierci największym lękiem może być FOMO. Nasze sny są zapisane w linijkach kodu, a życie to tylko metadane – gorzko konstatuje w „Birdie”.

Najlepszym utworem i sercem płyty jest ponad 13-minutowa autobiograficzna ballada drogi „Leaving LA”. Tragiczne momenty zmieszane z ironią i absurdem. Znajdziemy w niej traumy z dzieciństwa, prace, które podejmował czy domysły nad reakcją fanów na nowy album. A do tego podsumowanie jego osoby jako „kolejnego białego faceta w 2017 roku, który traktuje siebie zbyt serio”.

 

Jednak im dalej, tym Tillmana coraz bardziej gubi ambicja. Gorzkie refleksje na temat społeczeństwa zamknięte w rozrywkowej formie to ciekawa koncepcja. Ale w drugiej części płyty pod względem tempa coś wyraźnie się psuje. Piosenki są coraz bardziej przegadane i robi się nudnawo. Choćby „Smoochie” i „Two Wildy Different Perpective” są tak miałkie, że zapominam o nich wraz z ostatnią nutą. Utwory mają wiele klasycznych muzycznych tropów, ale nie są przebojowe. Na „Pure Comedy” to tekst gra pierwszorzędną rolę. Tillman chciał zabawić się w publicystę. Robi to w ciekawy sposób, celne obserwacje garściami posypuje sarkazmem i ironią. Ale nie odkrywa Ameryki. Serwuje wiele banałów i oczywistości. O wiele ciekawiej wypadają fragmenty o osobistych doświadczeniach jak krztuszenie się landrynką przy dźwiękach Fleetwood Mac („Leaving LA”). Chciałabym więcej szczerości (albo przynajmniej jej pozorów), mniej społecznych diagnoz i zagrywek cwanego kabotyna.

„Pure Comedy” rozczarowuje w zestawieniu ze świetną poprzedniczką. Jednak Father John Misty ma niemałą charyzmę i zadatki na amerykańskiego barda z prawdziwego zdarzenia. Ironiczna płyta zamknięta jest w klasycznej, przyjemnej dla ucha formie. Doskonałe zabrzmi na gramofonie, a jej gorzki posmak świetnie podkreśli smak dobrego kraftowego piwa.

Ocena: 7/10

komentarze

comments

Polecamy