Dodatki / Recenzje

Polskie granie w amerykańskim stylu – recenzja „Parallels” So Flow

napisane przez Magdalena Zatwarnicka, 5 listopada 2017
Foto: Materiały prasowe

To naprawdę trudne pisać recenzję albumu, który tak dalece odstaje od naszych polskich realiów. Realiów, w których Festiwal Polskiej Piosenki wygrywa Kasia Cerekwicka, a głosem nastolatków przemawia zmęczony sławą Taco Hemingway. Jednak grzechem byłoby nie przedstawić ludzi, którzy kochają się w rozpadających się instrumentach, w brudnych winylach i zachrypniętych głosach z Nowego Orleanu. Ich EP-ką „Live Session” zachwycił się sam Piotr Metz, co zaowocowało między innymi występem w studio im. Agnieszki Osieckiej.

Zespół So Flow skrupulatnie przygotowywał się do długogrającego debiutu, który wczoraj miał swoją premierę. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie podczas trasy Analog Basement, kiedy najważniejszym pytaniem nie było to, co nagrać na debiucie, ale jak zrobić to najlepiej. Michał Marczak powiedział wtedy: „Możesz przygotowywać się do nagrania płyty przez dwa tygodnie i potem nagrywać ją przez rok, albo przygotowywać się do płyty przez rok i nagrać ją w dwa tygodnie. I my chcemy to zrobić tym drugim sposobem.” Dzięki akcji crowdfundingowej i wsparciu ponad 400 osób, zespół w ciągu 9 miesięcy spłodził swoje dziecko, czyli debiutancki album „Parallels”.

Mimo, że radiową popularność zdobywa się dzięki pojedynczym hitom, które u codziennego słuchacza zakorzeniają się w uszach dzięki chwytliwej melodii czy powtarzanym fragmentom tekstów, So Flow pozostali wierni swojemu stylowi. Na „Parallels” nie doświadczymy utartych schematów, regularnego rytmu, który można przewidzieć. Płyta składa się w zamkniętą czterdziestominutową historię. Jest to pełna opowieść rozpoczynająca się o brzasku („The Dawn”) gdzieś, gdzie pustynne „Kalahari” zderza się ze spokojną falą („Sejsza”) i morskimi pływami („Low tide”, „High tide”, „Spring tide”).

Podróż na „Parallels” ma również swoje przystanki. Doszło na nich do spotkania między So Flow a muzykami, których jeszcze do niedawna znali jedyne w relacji artysta-fan. Utwór „Neuphoria” został nagrany przy współudziale raperów z The Black Opera, za to „Immersive” już z samym Jamallem Buffordem. Ten drugi jest jednym z moich faworytów na płycie. Oba przystanki to portale przenoszące słuchacze na ulicę Brooklynu, prosto w polityczno-emocjonalny konflikt ze współczesnym światem.

Przy każdym kolejnym przesłuchaniu tytułowego singla, przyznaję, że wybór akurat tego utworu do promocji albumu był najlepszą z możliwych decyzji. Szerokość wokalu i gitarowego podkładu w połowie utworu przywołuje lata świetności shoegazu. Odważny krok, który brzmi potężnie i głęboko. Natomiast po pierwszych taktach „Whale Tale” bałam się, że będzie to próba podrobienia Cheta Fakera. Jednak niespodziewane załamanie metrum w wykonaniu Michała Pamuły przekształciło kawałek w trip-hopowy romans między delikatnym głosem Karoliny a ostrą perkusją.

Jedynym elementem, który zapewne koncertowo wypada dobrze, tak na płycie nie do końca komponuje się z resztą utworów, jest „Latarnik”. Maszynowy wstęp zapowiada coś ciekawego, niestety na tym się kończy. Tak jakby skupienie na artykułowaniu tekstu zabrało z głosu Karoliny tę zadziorność. Nie twierdzę, że zespół nie powinien sięgać po ojczysty język. Wręcz przeciwnie, może warto robić to częściej, by ten soulowy luz dało się usłyszeć również w polskich kawałkach.

Najgłębiej w serce zapadły mi albumowe skity. Są to krótkie przerywniki muzyczne, za które zapewne największą odpowiedzialność wzięli Mateusz Czajka i Michał Marczak. To one nadają charakter, skrywają w sobie miłość do oryginalnych dźwięków, wspomnienie dziecięcej pozytywki („High tide”) czy hammondowskie brzmienie („Spring tide”). I tak jak na większości płyt skity mogłyby nie istnieć, tak w wykonaniu So Flow mogłabym usłyszeć album składający się wyłącznie z takich utworów.

Ocena: 8/10

komentarze

comments

Polecamy