Dodatki / Recenzje

Nowy wspaniały świat Gorillaz – recenzja „Humanz”

napisane przez Alicja Widera, 2 maja 2017
Cover/artwork: Jamie Hewlett

Animowana, nieco odstręczająca wizerunkowo, muzyczna paczka wróciła i jak się okazuje – ma się całkiem dobrze, zarówno brzmieniowo, jak i wizualnie. Powstały niedługo przed nastaniem nowego milenium, kiedy to na scenie muzycznej szalały głównie boys- i girlsbandy, nazwisko Albarna kojarzyło się jedynie z britpopowym Blur, a MTV szczyciło się największą i najbardziej zrozumiałą popularnością, multimedialny projekt Gorillaz nie tylko przyciągnął uwagę odbiorców anonimowością muzyków, ale także dosyć eksperymentalnym podejściem do hip-hopu i kreskówkową historią niezmienionego do dziś składu: 2-D, Noodle, Murdoca Niccalsa i Russela Hobbsa. Mając za sobą cztery albumy studyjne, romans z orkiestrą symfoniczną (przy okazji przedostatniej płyty Plastic Beach) i trzy fazy przygód bohaterów, twórcy otwierają etap czwarty – rozpoczynający się w nawiedzonym domu i wychodzący w przestrzeń rozległej galaktyki – prezentując alegoryczne Humanz, serwujące odbiorcom parę naprawdę mocnych uderzeń oraz idealny podkład zarówno podczas protestu, jak i dwudniowej imprezy.

Pierwsze uderzenie to stylistyka nowego wydawnictwa. Parę miesięcy przed premierą ojcowie Gorillaz – Damon Albarn i Jamie Hewlett – zaprezentowali nam próbkę w postaci pięciu singli – „Hallelujah Money” (feat. Benjamin Clementine), „Ascension” (feat. Vince Staples), „Saturnz Barz” (feat. Popcaan), „Andromeda” (feat. D.R.A.M.) oraz „We Got The Power” (feat. Jehnny Beth), więc mogliśmy co nieco zapoznać się z nowym brzmieniem grupy. Album w wersji rozszerzonej składa się z dziewiętnastu kompozycji poprzedzielanych fabularyzującymi interludiami. Odbiorcę bombardują klubowe, popowo-elektroniczne beaty, wspierane soulowymi i rockowymi wokalami, które za pierwszym razem mogą nieco odstraszyć, lecz nie dajmy się nabrać – po oswojeniu z materiałem wszystko brzmi łagodniej i bardzo szybko można dostrzec muzyczne perełki, których tu nie brakuje. Zwolennicy The Fall czy chociażby solowego debiutu Albarna Everyday Robots (nawiązuje do niego jednoznacznie utwór „Ticker Tape”) poczują się jak w domu, natomiast miłośnicy Gorillaz czy Demon Days muszą niestety przywyknąć, że trudno tu doszukać się znanego luzu zespołu.

Ilość kolaboracji, która nieco zaszokowała na „Plastic Beach”, przy „Humanz” znacznie wzrasta i przyjmuje postać składankowej hybrydy, ukazującej zarówno producencki talent Albarna, jak i spolegliwość wyrazistych charakterów (w tłumie gości widnieją nazwiska takie jak jamajski wodzirej imprez Popcaan, różnorodna ikona popkultury Grace Jones czy diabelnie charyzmatyczna Jehnny Beth z żeńskiego, postpunkowego Savages). Poza dobrze znanymi postaciami, pojawiają się także undergroundowi twórcy oraz osoby powiązane już z Albarnem choćby rywalizacją na brytyjskim rynku (Noel Gallagher z Oasis wrzuca swoje trzy grosze do „We Got the Power”) czy współpracujące już wcześniej przy Gorillaz (De La Soul z „Momentz” to ten sam De La Soul z „Feel Good Inc.”). Przywódca małpiej grupy,
Damon, staje się tutaj mniej obecny. Stara się nie przykuwać uwagi, jedynie asekurować, podpowiadać. Wyłącznym utworem, w którym możemy usłyszeć kapitana solo jest melancholijny „Busted And Blue”, jeden z nielicznych przystanków na odsapnięcie w gęstej atmosferze „Humanz”.

Kolaboracyjna forma albumu nie odbiera jednak konsekwentnego konceptu płyty. Mimo że wydaje się być różnorodnym chaosem i kolejnym uderzeniem grupy w publiczność, dostrzegalny jest szkielet, na którym koncentrują i opierają się wszystkie pozycje. Synteza? Jasne.

Nawet jeśli „Humanz” wydaje się być dedykowane jedynie spoconemu parkietowi, nic bardziej mylnego. Mimo że duet odcina się od wszelkich skojarzeń z Donaldem Trumpem, warto wspomnieć, że album w zarodku miał być katastroficzną wizją objęcia władzy przez konserwatystę. Albarna nazwano jasnowidzem, a po wyborach płyta na przekór pogłoskom medialnym została wyczyszczona z wszelkich jawnych nawiązań do nowego prezydenta. Nie pozbawiono jej jednak wyczuwalnego przeczucia światowego bałaganu. Niemalże każda piosenka może być postrzegana jako nieoficjalny protest song wymierzony w stronę politycznych przeciwników. Gorillaz zarysowują kształt nowego wspaniałego świata, lecz jest on niezmiennie obrazem apokaliptycznym, w którym człowiekowi zostaje przyzwyczaić się jedynie do postępujących zmian. Już w pierwszym kawałku, „Ascension”, Vince Staples zapowiada kierunek „Humanz”: Heard the world is ending soon I assumed that they told you / (…) In these times of sedition nothing is dull. Dalej znajdujemy już tylko wątpliwości. Pesymistyczne „Let Me Out”, tajemnicze i przeszywające „Hallelujah Money” z niepokojącymi słowami: And whole beasts of nations desire power, wybuchające nagłym entuzjazmem „We Got the Power” (notabene przypominające kultowe „People Have the Power” autorstwa Patti Smith) czy soulowe „The Apprentice” dodane w bonusach, najbardziej ukazują tę kontestację.

Oprócz mocnych, budujących zarówno charakter, jak i przekaz płyty kawałków, takich jak wymienione wyżej „Hallelujah Money” czy „Charger” (feat. Grace Jones), „Momentz” (feat. De La Soul), „Carnival” (feat. Anthony Hamilton) i „Andromeda” (feat. D.R.A.M.), muzycy zamieścili parę „zapychaczy”, które nijak nie zapadają w pamięć, z czasem tylko stają się całkiem neutralne lub jeszcze bardziej irytujące. Do tej grupy wpakowałabym z pewnością „Submission” (feat. Danny Brown & Kelela), przeciągane i statyczne „Sex Murder Party” (feat. Jamie Principle & Zebra Katz) czy wyraźnie odstające „She’s My Collar” (feat. Kali Uchis). To w sumie wypada całkiem nieźle, biorąc pod uwagę ilość kawałków.

Czy warto było czekać? Myślę, że tak. Mimo kilku potknięć i nieco frustrującego medialnego syndromu „gdzie nie spojrzę, tam Gorillaz”, łączącego się ze współpracą z Telekom Electronic Beats, Albarn & Hewlett stworzyli album potrzebny, wzbudzający różne emocje, eksperymentujący zarówno z warstwą muzyczną, jak i tekstową. Co prawda, więcej frajdy wyniesie stąd świadomy odbiorca, niż słuchacz jedynie nastawiony na zabawę, ale czy to właśnie nie urok Gorillaz? Więc myślmy i bawmy się jednocześnie, a dodatkowo sprawdźmy terminy koncertów zespołu, bo sądząc po nagraniach z Printworks, materiał „Humanz” jest majstersztykiem i wizualnym, i muzycznym, a zobaczyć bujającego się Albarna przy raperskich, elektronicznych beatach z keyturem na ramieniu – bezcenne.

Ocena: 8/10

komentarze

comments

Polecamy