Dodatki / Recenzje

Bestia targana huraganem emocji – recenzja „Grizzly Bear With A Million Eyes”

napisane przez Daria Solich, 17 kwietnia 2017

Wielu artystów po wydaniu ciekawego debiutu traci gdzieś swoją bezkompromisowość i unikalny styl na drugim wydawnictwie. Czasem mówi się, że idą na łatwiznę, jadąc nieco na wózku napędzonym pierwszą płytą. Taką tendencję można obserwować chociażby w przypadku Rebeki lub Fisz Emade Tworzywo.

Baasch dał się dotąd poznać jako wirtuoz chłodnych i mrocznych melodii. Zarówno na „Simple Dark Romantic Songs”, jak i na „Corridors” umiejętnie wykorzystuje songwriterski talent, prezentując muzyczny teatr światła i cienia ujęty niskim głosem i elektroniczną mapą dźwięków. Taki charakter jego twórczości obłaskawił nas nie tylko jedną z najciekawszych polskich płyt 2015 roku, ale i ostatnich kilku lat. W tym roku dzieli się z nami drugim długogrającym krążkiem, który brzmi trochę inaczej od tego, do czego nas przyzwyczaił, czy to solowo, czy gościnnie, udzielając się w projektach swoich kolegów z branży. Czy Baasch udźwignął ciężar stojącego przed nim wyzwania i stworzył następcę na miarę swojego debiutu? Na to pytanie będę się starała odpowiedzieć w tej recenzji.

Po pierwszym odsłuchaniu „Grizzly Bear With A Million Eyes” na myśl ciśnie mi się jedno słowo: ewolucja. Słychać ją zarówno w tekstach, w historiach, które pojawiają się na krążku, jak również w brzmieniu. W większości są to niespieszne utwory, których dynamikę napędza beat i wokal. Cała linia melodyczna jest mocno rozbudowana, oparta na synthach i wspomnianych beatach, jednak nieco bardziej „ożywiona” niż na „Corridors”. Mamy bowiem, oprócz wcześniej już obecnych perkusjonaliów, skrzypce i gitarę. One nadały nieco cieplej brzmiącym – w porównaniu z debiutem – maszyneryjnym beatom duszy, przestrzeni; wzbogaciły ogólny sound. Charakterystyczna dla jego twórczości wielowarstwowa architektura utworów oraz nieoczywistość rytmicznych rozwiązań to składowe, które mnie mocno ujmują w twórczości Baascha. Na „Grizzly…” nie brakuje ich także. Idealnie słychać te tendencje w taktach otwierających „Steps”, w końcówce „Fall”, na „Flavour Flavour” czy „Dare To Take”.

Warto tutaj podkreślić pracę Tomka Mreńcy, który moim zdaniem mocno i wyraźnie zaznaczył swoją bytność na tym wydawnictwie. Bez jego wkładu utwory „Once Upon A Night” czy „Fall” nie istniałyby w takim kształcie, w jakim zostały oddane do odsłuchu. Dodatkowo, przy tych dwóch kawałkach, a także „Grizzly” nasuwa się myśl o epizodzie Baascha z muzyką filmową. Może być to rezultatem zbudowanej w tych utworach przestrzeni właśnie przez skrzypce – instrument umiłowany w soundtrackach klasycznych kompozytorów muzyki filmowej. Podobnie można powiedzieć o Mironie Grzegorkiewiczu, bez którego gitary „Grizzly” nie zyskałoby tak unikalnego klimatu.

Skoro już mowa o gościach, to nie można pominąć „Dare To Take”. Osobiście nie byłam fanką singlowego „Crowded Love” z Y – wokalistką BOKKI – na „Corridors”, więc na informację o kolejnym damskim feacie zareagowałam bez entuzjazmu. Jednak od pierwszych taktów „Dare To Take” szybko zmieniłam zdanie. Głosy Komasy i Schmidta świetnie się uzupełniają. Aranżacja bardzo bogatego wokalu warszawskiej artystki jest idealnie dopasowana do warunków wokalnych Bartka. Kontrast barw ich głosów dodaje charakterności tej piosence, która notabene ma silny singlowy potencjał. Jest to jeden z dynamiczniejszych utworów na płycie, który z pewnością sprawdzi się na koncertach i – mam nadzieję – już niedługo będę miała okazję go przetestować.

Jest dużo gości, ale choćby w „Grizzly”, „Fall”, „Words Like Bombs” czy „Bones” słychać wyraźnie styl Baascha. Nie można tutaj powiedzieć, że powiela swoje rozwiązania z dotychczasowych wydawnictw. Pewne muzyczne kwestie się powtarzają, to prawda, ale klarują i podkreślają w ten sposób jego indywidualną dźwiękową estetykę; nie są to jednak pierwszoplanowe rozwiązania, raczej delikatne niuanse; puszczenie oka w stronę przeszłości. Mowa tutaj chociażby o refrenie w „Grizzly” czy outrze „Bones”.

Bartek na „Grizzly…” praktycznie zrezygnował z efektów wokalnych, wspierając się jedynie swoimi chórkami i zbudowanymi na własnym głosie pogłosami. W niektórych utworach, przykładowo „Bones” czy „Kind of Coma”, wokal Baascha nie rozwija swoich możliwości tak, jak wymaga tego od niego utwór. To niestety przekłada się na monotonię w tych kawałkach. Podobne wrażenie sprawiają kolejny raz odśpiewywane fragmenty refrenów, chyba celowo przeciągające utwór w „Bones”, „Words Like Bombs” czy „Kind of Coma”. Tak wydłużane utwory odbierają przyjemność słuchania i tak nieco krótkiego, bo lekko ponad 35 minutowego, wydawnictwa.

Przy twórczości Baascha nie mogłabym pominąć warstwy tekstowej. Na wcześniejszych swoich wydawnictwach zachwycał mnie kreowany klimat i poetycki szlif wychodzących od niego tekstów. Pod tym względem i „Grizzly Bear With A Million Eyes” nie odbiega mocno od swoich poprzedników. Przeciętny konsument zaznajomiony z narzucającą się tematyką płyty, jaką jest miłość, wciąż będzie raczej niezadowolony. Nie ma tutaj przesłodzonych, przesyconych egzaltacją frazesów. Są za to wyznania, czasem niestety sztampowe, ale częściej jednak ubrane w może niezbyt ozdobne, ale dość odważne i ze smakiem skrojone szaty. Pod tym względem „Grizzly…” notuje delikatniejsze i silniejsze momenty. „Bones” czy „Fall” zaliczają się z pewnością do tej pierwszej grupy. Najintensywniejszych momentów zaś można doświadczyć we „Flavour Flavour”, „Steps” i „Dare To Take”. Na wydawnictwie znajdziemy także typowe dla artysty niedopowiedzenia, które na pierwszy rzut oka, czy może ucha, zdają się traktować jedynie o miłości („Kind of Coma”, „Bones”). To kolejna płyta, która najlepiej dociera po ciemku – intymność właśnie w takich momentach chłoniemy najmocniej. Zaleca się zatem wygospodarowanie sobie spokojnego wieczora na wnikliwe przesłuchanie zarówno tych mniej, jak i bardziej wymagających zaangażowania utworów.

Próbując podsumować klimat tego krążka, miałam nieco problemów. Z „Grizzly…” bije więcej spokoju, niż z poprzednich wydawnictw, jednak nie jest to takie oczywiste. Niektóre utwory notują niepokojące momenty, czasem jest to taka drapieżna, zuchwała zagrywka. Po części elektropopowe piosenki miejscami można określić mianem romantycznego techno, które pojawiło się przy okazji opisu twórczości We Draw A. Przestrzeń wykreowana przez perkusję, skrzypce i gitarę trochę rozmywa to wrażenie. Dodatkowo, forma kontaktu ze słuchaczem – ponowne wyjście Baascha na spotkanie z odbiorcą – bardziej skłania mnie ku ogólnemu pojęciu electronic songwriting. Ta płyta mocno wymyka się schematom, ocenę jej atmosfery muszę pozostawić Wam.

Czy Bartek i spółka poddali się przesądowi klątwy ciążącej na drugim wydawnictwie? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Całość niepozbawiona jest pięknych melodii i jeszcze piękniejszych tekstów. Niemniej jednak miejscami brakuje tu pazura i pewnej esencjonalności, które cechują debiut Baascha, a której mogliby oczekiwać na „Grizzly…” dotychczasowi fani. Rozpatrując jednak to wydawnictwo całkowicie odrębnie, to nie można mu odmówić wirtuozerii, wręcz przeciwnie – takim określeniem zdecydowanie można podsumować ten krążek.

Zgodnie z zapowiedzią najnowsza płyta warszawskiego producenta odbiega od chłodu i niejakiego mroku, do którego nas przyzwyczaił. Baasch swoją romantyczną duszę odsłonił na „Simple Dark Romantic Songs” i „Corridors”. Tutaj poszedł nieco dalej, ukazując, że spod przypiętej mu w ostatnich latach łatki siewcy mrocznego romantyzmu przebija żarzące się nieśmiało ciepłe światło. To w jego łunie możemy oglądać całkiem inną, śmielszą twarz Baascha. Odważniejsza retoryka, a także rozbudowane kompozycje są jasnymi punktami tego wydawnictwa. „Grizzly Bear With A Million Eyes” to pięknie oprawiony muzycznie tomik poezji miłosnej. Bartek po raz kolejny wznosi się na wyżyny songwriterskich umiejętności, oddając wydawnictwo z wyższej kompozycyjnie półki.

Ocena: 8/10

komentarze

comments

Polecamy