Artykuły / Banner Slajderowy

Premiery ostatniego roku, których brakowało tego lata na polskich festiwalach

napisane przez Daria Solich, 20 września 2017

Zakończył się sezon letnich plenerowych festiwali. Podsumowania line-upów zaczęły się już wraz z ogłoszeniami ostatnich wykonawców. Części z nich, niezależnie, czy dopinanych przez wielkie agencje, zamawiane przez miasta czy też w końcu organizowane przez muzycznych pasjonatów, można próbować „zarzucić” świeżość. Częściej jednak w mojej głowie pojawia się określenie powtarzalność. Impresario za „Białkoholikami” od Taco Hemingway’a – jak GIFy „w kółko powtarzają swe błędy”. Wielu artystów, niezależnie od profilu wydarzenia i poziomu artystycznego wykonawców, pojawiało się w kółko i wciąż, zarówno na plakatach czołowych krajowych eventów, jak i niszowych festiwali, niejednokrotnie wzbudzając skrajne komentarze. A niedługo wszystko zacznie się od nowa: podawanie dat, miejsc imprez; pierwsze ogłoszenia, headlinerzy i uzupełnianie line-upów o polskich artystów. Poniżej prezentuję listę ciekawszych tegorocznych wydawnictw i ich autorów, których zwyczajnie zabrakło w tym sezonie na festiwalowych scenach. Wśród nich znajdują sie starzy wyjadacze, ale i świeże w branży nazwy. Sprawdźcie sami.

Jacaszek – „Kwiaty”
Subtelna elektronika posplatana z dźwiękami gitary klasycznej oraz eteryczny głos Hanny Malarowskiej to nie tylko pozycja, która swoim nastrojem pasuje do zmierzchającego już lata, ale także do pewnego rodzaju przestrzeni festiwalowych, na których niestety się nie pojawiła. Mowa tutaj nie tylko o kościelnych wnętrzach (Ars Cameralis, Alter Fest), ale także o namiotach późną porą (Scena Trójki, OFF) czy koncertowych salach (Sala Kameralna NOSPR, Tauron Nowa Muzyka). „Kwiaty” to jedna z tych pozycji, która w pełni realizuje przesłanie powiedzenia: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. I to z podwójnie gorzkim wydźwiękiem, bowiem festiwalowe sceny Niemiec, Czech, a nawet litewska odnoga Unsound Festivalu docenili ten album, zapraszając Jacaszka z nowym materiałem do siebie. U nas się to, niestety, nie wydarzyło.

Night Marks – „Experience”
Wygląda na to, że polska publiczność nie jest jeszcze gotowa na eklektyzm wysokich lotów. Wsłuchując się w album „Experience” – nie mając pojęcia, kto jest sprawcą tego materiału – można odnieść wrażenie, że to dalekozachodni twór, tym bardziej, że znajdują się na nim bardzo egzotyczni goście (Lim z Solati czy Anthony Mills z Wild Cookie). A takiej mieszanki hip-hopu i jazzu z elektroniką, jaką zafundowali Marek Pędziwiatr i Spisek Jednego na debiucie Night Marksów, chyba jeszcze w naszej muzyce rozrywkowej nie było. Potwierdzeniem wysokiego poziomu artystycznego tej dwójki była nie tylko przedpremierowa koreańska trasa duetu, będąca jednocześnie katalizatorem dla wydania „Experience”, ale także pozytywne recenzje tejże w prasie branżowej. Co więc powstrzymało organizatorów Up To Date, NADA Festivalu czy Nowej Muzyki w Katowicach od wzbogacenia swojego line-upu o tę grupę?

Fonetyka – „Ciechowski”
Jest to dla mnie jedna z najbardziej nieoczywistych pozycji w tym zestawieniu. Dziedzictwo pozostałe po nagłym odejściu Grzegorza Ciechowskiego w 2004 roku dostało swoje drugie życie. Nie ma tutaj mowy o coverowym wymiarze tej twórczości, a o wcieleniu w życie nowego pomysłu. Warszawska Fonetyka, która na swoim koncie ma już aranżacje wierszy poetów wyklętych – Bursy czy Wojaczka – wzięła na warsztat wiersze kojarzonego głownie z Republiką poety. W ten sposób wytypowano i przefiltrowano przez wrażliwość czterech muzyków materiał składający się z dziewięciu tekstów Ciechowskiego. Rodzina autora przebojów „Nie pytaj o Polskę” czy „Moja krew” poparła ten pomysł, czego rezultatem jest ślad córki Grzegorza, Heleny, na jednym z utworów. Całość zamknięto w niestandardowej, często nie kojarzonej z poezją śpiewaną muzycznej formie, oddając piękny hołd Grzegorzowi, a słuchaczom materiał unikatowy. Szkoda tylko, że żaden z promotorów muzyki czy sztuki i kultury – bo taką niewątpliwie wartość ma „Ciechowski” – nie postanowił umieścić Fonetyki w swoim programie.

Me and that Man – „Songs of Love and Death”
Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej zaskakujących duetów tego roku. Obaj muzycy mocno doświadczeni w swoim fachu – John Porter jako songwriter z bluesowym sznytem, Nergal zaś w cięższych brzmieniach z całkiem przeciwnego bieguna – wychodzą sobie naprzeciw, popełniając „Songs of Love and Death”. Darski ukazuje swoje nieco bardziej subtelne oblicze, wcielając się doskonale w rolę barda, Porter zaś pokazuje pazur w nieco mocniejszych kawałkach. Całość mocno czerpie z bluesowych, folkowych i rockowych doświadczeń obu panów. Na scenach takich festiwalowych gigantów jak Woodstock, Suwałki Blues Festival czy Rawa Blues w Katowicach brakło jednak miejsca dla tej dwójki. A szkoda, bo ten album zasługuje na to, by zaprezentować się szerszemu gronu – na co zresztą będzie miał okazję w ramach jesiennej trasy Me and that Man.

Flow – „Kleśa”
Jestem skłonna pokusić się o stwierdzenie, że utwór Skubasa „Nie mam dla Ciebie miłości” zna każdy, ale debiutancką płytę autorki tego przeboju juz nie. Basia Adamczkyk wydała pod pseudonimem Flow album, na który składają się delikatne, a zarazem mocno emocjonalne, organiczne, sięgające wgłąb siebie teksty. Ich poetyka wsparta jest soulowym wokalem, nastrojowość zaś zawdzięczamy trip-hopowym smaczkom. Wszystkie dziesięć utworów to zatrzymujące na dłużej słuchowisko, idealnie realizujące się w intymnych przestrzeniach. Co więc zatrzymało organizatorów Soundrive Festu, AlterFestu czy nawet Songwriter Łódź Festiwal, by zaprosić „Kleśę” do siebie?

KVBA – „Endear”
Duet Kuby Holaka i Kuby Zublewicza wspieraliśmy od samego początku. Jest to jeden z tych zespołów, których główny temat zaskakuje szerokim spektrum emocji, osadzonym pomiędzy tanecznymi brzmieniami a przestrzennymi, chillwave’owymi wątkami . KVBA jako producenci zostali docenieni przez duet RYSY, prezentując na początku roku remiks do pożegnalnego singla duetu Urbański/Stachurko „Crystal Love”. Wspominam jeden z ich zeszłorocznych występów na WROsoundzie we Wrocławiu, gdzie w rytm prezentowanego przez tę dwójkę setu świetnie się bawili Novika i AGIM – doskonale znani z tegorocznych festiwalowych afiszy. Tym bardziej mnie dziwi brak tego duetu w line-upach najbardziej zelektryzowanych imprez naszego kraju, takich jak Audioriver Festival, Tauron Nowa Muzyka czy Up To Date.

Sambor – „Umbra”
Sambor na swojej płycie umiejętnie łączy nowoczesne podejście do tworzenia, post rockowe gitary oraz to, co najlepsze z charakterystycznej elektroniki lat ’80. Wypadkową tych, czasem zbyt wielu na dobry album, składowych jest doskonała klimatycznie „Umbra”. Na albumie przeplata się atmosfera melancholii, co doskonale słychać w „Tender Commander” czy „Solaris”. W tej drugiej brzmiąca linia basu łapie za krtań, wciskając pod koc, podobnie jak atmosfera miesięcy, w których album powstawał, a warto przypomnieć, że był to okres zimowy. W tych niespełna trzydziestu minutach zamknięto dozę nostalgii, ale i również duży ładunek energetyczny, wyrażający się w „Lost in Time”. Zdecydowanie, „Umbra” jest albumem do przeżwania, co i podczas festiwalowych koncertów się zdarza. Open’erowa Alter Stage o północy mogłaby być świetnie oczarowana przez Sambora z tym materiałem.

Bobby the Unicorn – „Syreni Śpiew”
Zwiastujący album tytułowy singiel ze swoimi skojarzeniami – zarówno graficznymi, jak i muzycznymi – z 8 bitową stylistyką gejmerską mógł nas naprowadzić na pewien kierunek inspiracji i finalnego brzmienia drugiej płyty Bobby the Unicorna. „Syreni Śpiew” to jednak wciąż pełna delikatnego brzmienia i gitar, nic a nic nie przeładowana elektronicznymi efektami pozycja. Dużym plusem tego wydawnictwa jest przestrzenność budowana pogłosami – to ona w połączeniu z tekstami i spójną z całym wydawnictwem okładką nadaje zwiewności zawartym na „Syrenim śpiewie” kompozycjom. Taki efekt tworzy także atmosferę baśniowości, która pomiędzy kursami w „Gwiazdozbiorach”, a wersami tytułowego „Syreniego śpiewu” dopełniana jest delikatnym, nieco egzaltowanym tonem głosu Darka Dąbrowskiego.

Otsochodzi – „Slam”
Janek jest autorem jednego z najciekawszych debiutów 2016 roku, w dodatku bardzo pochlebnie ocenionych przez krytykę. Raper jak na młodziana cechuje się spójnym, ukształtowanym już stylem, któremu bliżej do rodzimych rapsów lat ’90, niż współczesnej nawijki. Na krążku przewija się ujęcie codzienności w dużym mieście, spraw współczesnego pokolenia 20-stolatków. Najbardziej interesujące w nim jest to, że chwyta tematy inne i traktuje je zgoła inaczej, niż mają to w zwyczaju ostatni newcomersi, chociażby znajdujący się na językach wielu Taco Hemingway. Rap przeciera sobie nową ścieżkę i rozpycha łokciami w programach czołowych krajowych festiwali. Może właśnie przez to, że Jano na „Slamie” nie walczy o uwagę, to pominięto go w tegorocznych line-upach.

Melika – „Tales Part One”
Wydawało sie, ze tytuł Debiutu Roku w konkursie Moico Music bedzie trampoliną dla wydanego własnym sumptem „Tales Part One”. Potencjał tego krążka dostrzegli jedynie organizatorzy Spring Breaka. Podobnie krytyka – ta nie szczędzi pozytywów EP-ce wrocławskiego tria. Już okładka wydawnictwa może być dla nas wskazówką, co kryje się na „Tales Part One”. Wśród nieszablonowej elektroniki, mocno zakorzenionej w brzmieniach lat ’80 i ’90, majaczą stwory szybujące w przestrzeni kosmicznej i dziewicze, wciąż nieodkryte przez człowieka miejsca. Magia i pewna doza nierzeczywistości wsparta jest mocno liryką samego wokalu, dzięki czemu ta muzyka sprawia wrażenie pochodzącej nie z tego świata.

komentarze

comments

Polecamy