Artykuły / Banner Slajderowy

Premiera: Lonely Sinners – „No To Love”

napisane przez Daria Solich, 12 lutego 2018
Foto: Donny Dela Cruz

Lonely Sinners tworzą Nika i Seb – dwójka doświadczonych muzyków: ona była tancerką i choreografem, on założycielem nieistniejących już metalowych zespołów Sparagmos i Rootwater. Mogłoby się zdawać, że dwa przeciwległe artystycznie bieguny nie mają racji bytu. Temu stwierdzeniu, z założenia błędnemu, przeczy wspólnie wypracowane miniwydawnictwo „No to Love”. Seb odpowiedzialny jest za aranżację i produkcję, Nika – za teksty i muzykę. Na krążku znajduje się 5 piosenek utrzymanych w klimacie dream-pop, downtempo. Na doskonałą synergię warstwy brzmieniowej składają się IDM-owe elementy i industrialne detale, subtelnie wplecione w upajający głos Niki.

Oficjalna premiera krążka w serwisach streamingowych odbędzie się w Walentynki, 14 lutego. Na dwa dni przed premierą możecie odsłuchać całości materiału z „No To Love” wraz z historiami Niki, która krok po kroku odkrywa tajemnice utworów zawartych na EP-ce.

„No To Love”
Początkowo utwór ten miał trafić na koniec płyty, jako coś w rodzaju kojącego głosu akceptacji naszej niedoskonałej ludzkiej natury. Lubię kiedy na płytach ostatnie numery harmonizują wewnętrznie, jednocześnie pozostawiając w nas refleksję. Miał to być więc głos wewnętrznego pogodzenia, odkupienia win, katharsis. Ponieważ jednak bardzo zależało mi na opowiedzeniu konkretnej historii, kolejność utworów musiała stanowić logiczną całość, a tylko „No to Love” zawierał merytoryczny początek opowiadania, dlatego to właśnie on nie kończy, a otwiera album.
„No to Love” mówi o głównej przyczynie naszego grzechu, przez jaki popadamy w niełaskę i jesteśmy nieszczęśliwi. Tą przyczyną jest odmówienie miłości.

Warstwy muzycznej nigdy nie tworzę z premedytacją. Dlatego bardzo trudno opowiada się o przebiegu pracy. To się po prostu dzieje. Wsłuchuję się we własny nastrój i do niego dopasowuję dźwięki i brzmienia. Ilustruję siebie. Coś mi gra albo nie gra. Czasem mogą to być kompletnie, wydawałoby się, nie powiązane z całością motywy, jak – w przypadku tego utworu – etniczne instrumenty perkusyjne, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Jeśli odpowiada to temu, co czuję, to wiem, że dany motyw po prostu musi zostać. Seb z kolei fantastycznie zadbał tu o przestrzenie w muzyce, dzięki czemu utwór wydaje się szeroki i wielowarstwowy.

„Black Mirror
To był najbardziej surowy utwór, który trafił w ręce Seba, odpowiedzialnego między innymi za aranżacje na tej płycie. Przyniosłam mu właściwie szkic. Seb posłuchał i od razu miał tutaj wyraźną trip hopową wizję z leniwym basowym groovem i gitarowymi akcentami. Dlatego gitary dograł szybko i zresztą bardzo fajnie. Basy z kolei zagrał Piotr Komosiński (Potty Umbrella, Hotel Kosmos). Seb dołożył też kilka innych instrumentów i zagęścił refren, który zresztą dzięki temu uległ wokalnie kompletnej zmianie, i to w najmniej oczekiwanym momencie: Wszystkie linie wokalne wymyśliłam już na samym początku, symultanicznie z muzyką, ale potem, podczas nagrań wokalu, zrobiliśmy sobie krótką przerwę, w trakcie której Seb coś tam edytował, ja zamknęłam się w pokoju obok i wpadłam na pomysł zupełniej innej linii refrenu. Zaśpiewałam ją Sebowi, a on powiedział „nagrywamy!” I tak już zostało. Między innymi dlatego uwielbiamy ze sobą pracować, bo naprawdę inspirujemy się wzajemnie, oddziałujemy na siebie, powodujemy ruch drugiej osoby.

Tekst z kolei opowiada o szukaniu własnej tożsamości po tym, jak stracimy własne odbicie w drugiej osobie, której nagle zabraknie w naszym życiu. Jest to też, mam nadzieję, motywujący manifest do wszystkich kobiet (utwór ten jako jedyny jest kierowany bardziej do kobiet), które chwilowo nie widzą perspektyw samodzielnego życia, ale których tymczasowo uśpiona siła wreszcie się przebudzi i pozwoli im osiągnąć permanentny wewnętrzny spokój.

„Machina”
Wyjściem do tego utworu było podniecenie, wywołane grzesznymi fantazjami i pokrętnym instynktem ludzkiej natury. Bardzo długo próbowaliśmy osiągnąć ten sensualny charakter początku utworu i w dalszym ciągu nie jestem przekonana, czy wersja z demo nie była lepsza. Końcówka za to, która jest chyba moim ulubionym fragmentem całej płyty, początkowo brzmiała b-j rave’owo, bo miało być mocno, okrutnie i muzycznie wulgarnie, ale po dodaniu gitar Seba zakończenie nieco zmieniło brzmienie. Na szczęście zachowało ten brudny industrialny charakter, o który chodziło od samego początku.

Utwór opowiada o pułapce życia wspomnieniami. Chodzimy wciąż po zgliszczach własnej przeszłości (poczucie winy, niedokończone sprawy, tęsknona za utraconym itd.), ale przez to nie możemi iść do przodu. Jesteśmy więc uwięzieni w jakiejś mentalnej kakofonii, która niczym zacięty mechanizm automatycznie powtarza ruch: przeszłość-teraźniejszość. Przeszłość kusi nas swoimi słodkimi wspomnieniami, które jednak do niczego nie prowadzą. A nam brakuje siły, żeby przeciwstawić się temu kuszeniu.

„Mobo”
Pomysł na śpiewanie przez wokoder przyszedł spontanicznie. Szukając brzmień na Heliconie włączyłam przypadkiem preset „robota” i zaczęłam się tym bawić na zasadzie eksperymentu. Oczywiście „mój” preset, a to, co można usłyszeć w finalnej wersji, to zupełnie inna bajka! Właściwe brzmienie wykręcił Seb na pluginie Nectar i kiedy tylko je usłyszałam, od razu się w nim zakochałam. Cały ten roboci śpiew wydał mi się jakiś taki rozpaczliwy, niezwykle emocjonalny, niczym lament robota, kompletnie niemożliwy! I tak zostało. Potem wpletliśmy to brzmienie również do innych utworów (w dalszych planach).
Największą trudność sprawiły nam kotły w refrenach, bo te, które wydawały się brzmieniowo idealne, niestety zbyt dominowały aranż, z kolei te mniej narzucające się, były mało zauważalne. Ale metodą zagryzienia szczęk i cierpliwych poszukiwań wreszcie osiągnęliśmy zamierzony efekt.

Warstwa tekstowa jest alegorią człowieka straconego, upadłego, który poddaje w wątpliwość umiejętność kochania, coś co określa nasze człowieczeństwo. Tytuł „Mobo” (czyli motherboard/płyta matka) sugeruje o tym, co nas stanowi i z czego się składamy, a to wszystko w przenośni robota, jako istoty pozbawionej uczuć, odczłowieczonej.

„Silent Friend”
Jest to dla mnie najważniejszy utwór, bardzo osobisty, specjalny. Trafił na zakończenie, bo dopełnia historii całości. Opowiada o pogodzeniu się ze stratą drugiego człowieka. Kiedy rozstajemy się z kimś, bez względu na to, czy ta osoba odchodzi do innej/innego, czy umiera, przestajemy istnieć dla tej osoby. Jesteśmy NICZYM w jej nowym świecie. Nas tam nie ma. I chociaż jest to bardzo bolesne uczucie, po jakimś czasie umiemy się z nim zaprzyjaźnić i zaakceptować swoją rolę, jako NIKT. Od tej pory nie ma nas może fizycznie przy utraconej osobie, ale na zawsze możemy być dla niej przyjacielem, dobrym duchem, który myśli, dobrze życzy i nigdy nie zapomni.

Muzycznie jest to najbardziej transowy utwór na całej płycie. Początkowo miał bardzo rozbudowaną formę, przede wszystkim poprzez masę arpegiatorów, jakie tam zagrałam. Na szczęście Seb, swoim subiektywnym uchem doskonale wiedział, co usunąć, żeby to wszystko brzmiało znośnie.
Największą trudnością dla mnie było stworzenie sekcji rytmicznej, jest to w ogóle rzecz, której rzadko się podejmuję. I tutaj znowu zasługa Seba. Próbował rozmaitych brzmień i podziałów, wielokrotnie wracał do tego utworu, żeby przekonać się, że to już, ale długo mu te bębny nie grały. Aż wreszcie stworzył taki rytm, który wg mnie jest dużym atutem tego utworu i czymś bardzo w nim charakterystycznym.

Lonely Sinners „No To Love” – okładka albumu.

komentarze

comments

Polecamy